Krzysztof Lis pisze: ndz 02 paź 2022, 16:04
Od dawna uważałem napęd elektryczny za jedno z najlepszych rozwiązań na sytuacje awaryjne, zarówno mniejszego, jak i długotrwałego kryzysu.
"Zwłaszcza" przy kosztach samego auta jak i jego serwisu.
Którego nie zrobi byle kto.
A grzebanie w jakimkolwiek pojeździe z bateriami li ion przez warsztat typu "cytryn & gumiak" to uzbrojenie zapalnika samobieżnej bomby zapalającej.
Już teraz widać jak koszta kredytów/leasingów rosną w oczach.
Kiedy jak pisałem wcześniej, samochód na baterie li ion ma z reguły na nią gwarancje 5-8 lat lub 160 000 km. Plus liczne wyłączenia.
Kredyt cię doi, a zanim modna zabawka się zamortyzuje nadaje się pod zgniatarkę.
Nawet jeśli wcześniej nie będzie stłuczki, po której auto spalinowe udałoby się przywrócić na drogę.
Niedawno głośny był przypadek gościa z Wrocławia który kupił 11 letniego, używanego Nissana Leaf.
I zdziwił się że w warunkach polskiej zimy może zrobić na pełnej baterii całe 2 km.
Jeszcze większym echem odbiły się screeny z forum aut elektrycznych gdzie w tym temacie najbardziej sfanatyzowane oszołomy nawoływały do podpisania deklaracji że temat nie wyjdzie poza nie bo zaszkodziłoby to sprawie propagowania autek na baterie.
Na obronę Leafa można jedynie przytoczyć że takie ciut po gwarancji na baterie mają z reguły te 75-100 km zasięgu w optymalnej temperaturze i na dobrej drodze.
Ale porównując z autem dieslowskim lub benzyna/lpg w podobnym roczniku i cenie już to wesoło nie wygląda.
Instalacja PV czy wiatrak muszą być naprawdę przewymiarowane do ładowania BEV, czyli elektryka.
W normalnych czasach problem w tym że w najoptymalniejszych porach dniach nici z tego ładowania i bufora bo auto stoi pod naszym miejscem pracy. Chyba że pracując na same nocki.
W gorszych dochodzi problem wyciągnięcia prądu z auta.
Chyba tylko jeden francuski model jest reklamowany jako fabrycznie wyposażony w możliwość oddawania energii większej ilości energii na zewnątrz i przetwornice na 230V.
O ryzyku grzebania w aucie elektrycznym na własną rękę już wspomniałem.
Tak jak automatycznej utracie gwarancji na baterię i auto przy "patentach".
Trochę lepiej z amerykańskimi hybrydami, część pickapów może działać nie tylko jako ups ale także jako domowy generator.
Producenci pomyśleli o takiej opcji.
Ratowało to skórę niektórym Teksańczykom w czasie niedawnego blackoutu w tym stanie.
Tylko czy nie taniej kupić w tym celu osobny generator dobrej firmy i przetoczyć paliwo z baku auta jak specjalnie kupować hybrydowego Forda F-150 lub Dodga Ram 1500?
Skoro to tylko kwestia finansowa jakim problemem znaleźć mechanika który podejmie się przeróbki starszego auta na gaz drzewny?
Szybko demontowalnej instalacji z stali kwasoodpornej, montowanej na drugim/trzecim aucie należącym do przykładowej dobrze sytuowanej rodziny gdzie takie pełni funkcje zapasu i "wózka na zakupy"?
Zdecydowanie taniej jak wmawianie sobie wartości typowego BEV w gorszych czasach.
Już ceny prądu skoczyły powodując że "Polskie Stowarzyszenie Paliw Alternatywnych" zaczęło kwilić o niższe stawki za prąd do ładowania aut lub przynajmniej wyższy limit "ulgowych" kilowatogodzin na gospodarstwo domowe.
Tyle że przytaczanych przez nich badań słynnego IDzD że rzekomo ok 85% posiadaczy aut elektrycznych ładuje je z własnych PV.
Chyba że np 1% potrzebnego prądu z domowych paneli a 99% z sieci...
Gości ładujących w 100% swoją energią, nie korzystających z fikcji "wirtualnych magazynów energii" on grid pewnie można policzyć w Polsce na palcach jednej ręki.
A nie poruszyłem nawet tematu jak "dobrze" BEV nadają się do np ciągania przyczep.
Bo auto w gorszych czasach z konieczności staje się uniwersalnym narzędziem, tu do transportu tona ziemniaków, tu pół tony drewna konstrukcyjnego, tam jakiś cement...
Tak jak wspomniałem wyżej, jedyne większe od hulajnogi BEV jakie mogą mieć jakieś zastosowanie i sens z punktu widzenia surwiwalisty to nowe, homologowane melexy większego udźwigu lub odnowiony wózek akumulatorowy Stal 258.
Obydwa mają opinie prostych, na dobrych oponach radzących sobie na terenach przemysłowych i kolejowych dzięki przełożeniom dobranym do takiej pracy.
Dostęp do akumulatorów jest w takich wózkach łatwy więc można po prostu przy stojącym w garażu odłączyć klemy wózka i podpiąć wyprowadzone z instalacji PV lub wiatraka do pracy jako domowy UPS.
A do samych akumulatorów kwasowo ołowiowych zdobyć zapasowe płyty metalicznego PB i tlenku by w gorszych czasach samemu je regenerować.
Miłościwie nam panująca Komisja Europejska utrudniła dostęp do kwasu siarkowego ale dla chcącego nic trudnego a na wodę demineralizowaną można na upartego filtrować deszczówkę.
Kiedy ogniwa li ion jedynie wywozi się do biedniejszych krajów gdzie są palone razem z innymi elektrośmieciami by odzyskać stal, miedź i kobalt.
Trzeci projekt o jakiejś tam użyteczności to przeróbki starszych małych aut jak fiat 126p, Cinquecento czy citroen CV2 na akumulatory niklowe jak w większości Toyot Prius.
Te ogniwa są długowieczne, mamy samemu wpływ na dodatkowe wyposażenie jak np przetwornice 230V a cena projektu może się zamknąć w ok 60 000 pln.
Do tego zachowanie skrzyni biegów zwiększa użyteczność i straty energii musząc np przewieźć coś na przyczepce.
Takie konwersje rozpędzają się do ok 110 km na godzinę a ich maksymalne zasięgi to ok 100-150 km.
Auta hybrydowe na początku też miały liczne przywileje. Potem zabrane.
Z elektrykami nie będzie inaczej, już np brytyjski Guardian przytoczył badania naukowe z których wynika że lwia część miejskiego smogu pochodzi z pyłu powstającego w trakcie ścierania opon.
Sojusz producentów aut elektrycznych i komunizujących "aktywistów miejskich" jest tylko czasowy.
Ci drudzy nawołują do wygonienia wszystkich aut z miast i maksymalnego ograniczenia prywatnego transportu.
Więc z punktu widzenia survivalisty hulajnoga elektryczna czy maksymalnie skuter jakiś sens może mieć.
Może nawet UPS na podwoziu Stal 258 mając dużą nadwyżkę energii z instalacji mogącej działać w trybie off grid i miejsce na takiego klamota w garażu.
Typowe, obecnie reklamowane auto elektryczne to słaby dowcip i kompletna strata pieniędzy/kredytowa pętla na coś będące jedynie modnym w wielkomiejskich kręgach gadżetem.
Poważny preppers nie powinien łapać się na tak mizerne lepy.