Za
https://www.facebook.com/share/p/1GvtS9LsSB/
,,UWAGA BARDZO DŁUGO
82 lata temu...
Nie może to być inaczej jedenastego lipca.
Nikt i nic mnie nie zmusi, by było inaczej.
W tym roku cykl o Wołyniu będzie liczyć 10 części i każdy jest rozbudowany. Dzisiejszy tekst jest znacznie wydłużony i jest [18+].
GENOCIDUM ATROX
Na frontach ważyły się koleje wojny latem 1943 roku. Na wschodzie ogniem zabłysnął Łuk Kurski, gdy potężny Wehrmacht jeszcze raz próbował odwrócić fatum i zatrzymać nieubłagany walec Armii Czerwonej.
Na zachodzie - na Sycylii, gdzie włoscy żołnierze rozpaczliwie usiłowali powstrzymać lądujących Anglosasów.
Ta tragedia rozegrała się między nimi.
W nocy. Upalna, niedzielna, lipcowa noc z rozgwieżdżonym niebem i kołyszącymi się złotymi łanami zbóż, przerwana przez potwory.
Myśleliście, że potwory istnieją tylko w bajkach. Że porywają księżniczki i zamykają je w zamku, by w końcu pojawili się rycerze w lśniących zbrojach, na białych koniach, z błyszczącymi mieczami, by zgładzić potwory i ocalić swe wybranki.
Ale tak jest tylko w bajkach.
Te potwory istniały naprawdę.
Miały karabiny i pistolety, widły i siekiery, noże i pałki.
Na mazepynkach lśniły im tryzuby.
Krzyczały: "Wyriżemo wsich lachiw, do odnoho, od małoho do staroho"...
Mordowały i paliły w imię swojej obłąkanej idei ''samostijnej Ukrainy''.
A rycerze nie przybyli z odsieczą.
W nocy z 10 na 11 lipca 1943 roku Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów - OUN-B - kierowana formalnie rzez Stepana Banderę (formalnie, gdyż siedział on w tym czasie w KL Sachsenhausen; zastępował go Mykoła Łebed) i Ukraińska Powstańcza Armia - UPA - kierowana przez Romana Szuchewycza - rozpoczęły zorganizowany mord na polskiej ludności na Wołyniu.
Wspierały ją Samooboronni Kuszczowi Widdiły, czyli ukraińska samoobrona wiejska, oraz Służba Bezpeky OUN - elitarny kontrwywiad, słynący z niesłychanej brutalności i fanatyzmu, kierowany przez Mykołę Arsenycza.
Akcja trwała do nocy 11 lipca, ludobójstwo objęło 99 polskich miejscowości, do następnego dnia było to 167 wsi i kolonii. 28-31 sierpnia 1943 r. drugi etap akcji objął 85 dalszych miejscowości.
Reżyserami zbrodni byli przywódcy OUN-B i UPA. UPA została solidnie ''wzmocniona'' dezerterami ukraińskimi z niemieckich formacji policyjnych Schutzmannschaft, która nastąpiła w marcu i kwietniu 1943 r.
UPA zyskała wówczas 4-5 tysięcy ludzi (z ogólnej liczby 11 tysięcy policjantów). Dezerterzy zabijali niemieckich przełożonych i wypuszczali ukraińskich aresztantów, a potem uciekali z bronią do lasu.
Ci stali się trzonem UPA, zwłaszcza, że mieli uzbrojenie, pewne przeszkolenie wojskowe i ''doświadczenie'' - znali się na mordowaniu Żydów i grabieży ludności cywilnej, czym głównie zajmowali się jako policjanci.
Nie mieli oporów przed mordowaniem bezbronnych.
Nienawiść podsycała propaganda UPA, która zamierzała okrutną polityką faktów dokonanych wypędzić wszystkie mniejszości z Wołynia, na których miała powstać ''samostijna Ukraina'' - oraz duchowieństwo prawosławne i grekokatolickie.
Ci ostatni nadali rzezi wymiar sakralny.
Nawet święcili narzędzia mordów i nawoływali do ''oczyszczenia ziemi ukraińskiej z polskiego kąkola'', która miała być odtąd ''czysta jak szklanka''.
Upiorny wierszyk zdobywał popularność: ''Lachiw wyriżem/Żydiw wydusym/A Ukrajinu stworyty musym''…
Nieprzypadkowo wybrano akurat Wołyń. Polaków na Wołyniu było najmniej ze wszystkich ''ukraińskich'' terenów II RP - stanowili tam w 1939 roku w sumie 16,8 %, a Ukraińcy - 69 %.
Ponadto był to rejon z mniejszą świadomością narodową: chłopski, niewykształcony.
To pozwalało łatwo manipulować banderowskim agitatorom ludnością cywilną i pod płaszczykiem walki o ''samostijną Ukrainę'' zachęcać do zbrodni i grabieży.
Dla reżyserów zbrodni ważne było nadanie zbrodni charakteru "chłopskiego buntu", przekonania, że to nie zaplanowana odgórnie czystka, brutalne ludobójstwo, lecz "nowa koliszczyzna", spontaniczne powstanie ukraińskiego chłopstwa.
Dlatego stosowali wiele rozmaitych posunięć, by zachęcić ukraińskich chłopów.
Tocząca się wojna i okupacja - które spowodowały znaczne zubożenie ludności - dodatkowo zachęciły ukraińskie chłopstwo.
Do podpalania strzech wydawano im zapałki, skrupulatnie wyliczane przez UPA.
OUN obiecała rozdanie ziemi i mienia pomordowanych Polaków na drodze tzw. ''reformy rolnej''.
Buty, pościel, naczynia, zwierzęta gospodarskie - były wówczas warte więcej niż jakiekolwiek pieniądze.
A jeśli ktoś czuł opory, to UPA i OUN straszyły śmiercią.
Za pomaganie Lachom - okrutna śmierć dla sprawcy i całej jego rodziny.
Taka sama kara, jak dla "polskich okupantów". Sotnie UPA chodząc od wsi do wsi wygarniały ukraińskich mężczyzn i prowadziły "mobilizację", każąc im zabrać narzędzia i ruszyć na polskie wsie.
Gdy ktoś uciekał, bądź odmawiał - był zabijany przez banderowców przykładnie przed całą wsią.
Przemowy, obietnice bogactwa, morze alkoholu - najczęściej wystarczały...
Pierwotnie planowano eksterminację wyłącznie mężczyzn od 16. do 60. roku życia.
Plany eksterminacji części Polaków OUN snuła już od wiosny 1941 roku, ale pod wpływem niemieckiego ludobójstwa na Żydach, plan zmieniono.
Uznano, że możliwe jest wymordowanie wszystkich Polaków.
Bezpośrednim odpowiedzialnym był Dmytro Klaczkiwski ps. ''Kłym Sawur'' dowódca UPA-Północ, operującej na Wołyniu (w jej skład wchodziły m.in. Okręgi Wojskowe ''Zahrawa'' i ''Turiw'').
Wspierali go Wasyl Iwachiw ps. ''Sonar'', szef sztabu głównego UPA; Iwan Łytwynczuk ps. ''Dubowyj'', dowódca Okręgu Wojskowego UPA ''Zahrawa'' (wielokrotnie chełpił się popełnionymi przez siebie mordami i on rozpoczął rzeź); Petro Olijnyk ps. ''Enej'', dowódca OW ''Bohun'' (znany ze swojego okrucieństwa; osobiście odrąbywał głowy ofiarom) i Jurij Stelmaszczuk ps. ''Rudyj'', dowódca OW ''Turiw''.
To właśnie ci osobnicy samowolnie podjęli decyzję o wymordowaniu wszystkich Polaków na Wołyniu.
Należy podkreślić, że pierwotnie na III konferencji OUN-B zdecydowano jedynie o eliminacji wybranych Polaków.
Ale ich metody działania zostały zaakceptowane przez Romana Szuchewycza w sierpniu 1943 roku.
Żaden nie dożył swojego państwa: Iwachiw zginął w maju 1943 roku podczas walki z Niemcami, Klaczkiwski zginął w walce z NKWD w lutym 1945 roku (zadenuncjowany przez przez Stelmaszczuka), Łytwynczuka KGB dopadło w 1952 roku, Olijnyk padł w 1946 roku, a Stelmaszczuka skazano na śmierć w Kijowie w listopadzie 1945 roku.
Sam Stepan Bandera nigdy nie potępił tych działań, chociaż doskonale o nich wiedział.
Nie było przypadkiem, że do rzezi Wołynia doszło właśnie latem 1943 roku.
UPA do tego czasu starała się nie przeprowadzać otwartej akcji przeciwko Polakom.
Ukraińscy nacjonaliści jednak bardzo pilnie śledzili wydarzenia na arenie międzynarodowej. W kwietniu 1943 roku doszło do odkrycia masowych grobów polskich oficerów w Katyniu, zamordowanych przez NKWD.
Prasa OUN z satysfakcją odnotowała, że rząd polski - dotąd uważany przez nią za dość wpływowy na arenie międzynarodowej - pozostał osamotniony.
OUN zwróciła uwagę, że Alianci nie tylko nie poparli polskiego rządu, ale aktywnie wsparli ZSRR i zataili sprawę Katynia.
Banderowcy uznali, że jest to najlepszy moment na oderwanie Kresów od Polski, a jeśli na Wołyniu i w Galicji dojdzie do rzezi ludności polskiej, to świat pominie to milczeniem. Sprzyjała temu założeniu także śmierć premiera i Naczelnego Wodza, gen. Władysława Sikorskiego 4 lipca 1943 r., która przyspieszyła decyzję o rzezi.
I mieli stuprocentową rację.
''Dobrzy'' Alianci nigdy nie zająknęli się słowem o rzezi Wołynia.
Rzeź Wołynia i Małopolski Wschodniej była de facto następstwem sprawy katyńskiej.
* * *
Schemat wszędzie był podobny.
Bandy UPA okrążały wieś kordonem, by uniemożliwić ucieczkę mieszkańcom, a następnie wkraczały do niej, gdzie gromadziły ludność w jednym miejscu i dokonywały masakry.
Najpierw szli (lub jechali konno) uzbrojeni w broń palną upowcy, którzy mieli tłumić opór broniących się mężczyzn.
Za nimi postępowała czerń - ukraińskie chłopstwo, uzbrojone w widły, siekiery, piły i kosy.
Potem następowała rzeź.
Ta trwała od drugiej w nocy do późnego popołudnia.
Ten kogo zastrzelono, ten miał szczęście.
Jednak rzadko kiedy siepacze UPA mieli litości i amunicji na tyle, by skrócić cierpienia swoich ofiar kulą.
W większości wypadków ofiary zamęczono na śmierć.
Używali do tego głównie narzędzi: młotków, pił, siekier, wideł, motyk, kijów...
Chyba każdy już zna długą listę upowskich sposobów uśmiercania.
Obcinanie piersi sierpem, nabijanie na sztachety, wypruwanie wnętrzności, przepiłowywanie żywcem, rozrywanie końmi, przybijanie do drzwi, wyłupywanie oczu, ucinanie języka...
Kobiety gwałcono, rozpruwano im brzuchy, obcinano piersi.
Dzieci wrzucano do studni, albo rozbijano im głowy o futryny.
Wyjątkowo upiorne było obwiązywanie ich słomą i podpalanie.
Nie było żadnej świętości - napadano na Polaków, chroniących się w kościołach i klasztorach, liczących, że krzyże i sacrum powstrzymają oprawców.
Potem ukraińskie chłopstwo zaczynało plądrować wsie, kradnąc dobytek ofiar, a następnie podpalano zabudowania.
Niszczono wszystko, włącznie z przydrożnymi kapliczkami, krzyżami, cmentarzami.
By na Wołyniu nie pozostał po polskości żaden ślad. By unicestwić Polskę na tych ziemiach na zawsze.
Ukraińcy sporządzali listy proskrypcyjne Polaków i sprawdzano, czy liczba zamordowanych zgadza się z listami. Nieobecnych poszukiwano i namawiano do powrotu do wsi.
Obiecywano bezpieczeństwo.
Nierzadko banderowcy czekali całymi dniami w domach zamordowanych Polaków na powrót pozostałych członków rodziny.
Wszystko po to, by Polacy całkowicie zniknęli z Wołynia i nie wrócili nań w przyszłości.
To nie żadni ''banderowcy'', nie żadni ''nacjonaliści''.
To sąsiedzi.
Mieszkający w tych samych, lub okolicznych wsiach.
Znający swoich sąsiadów, mówiący po polsku. Uspokajający ich za dnia, że żadnej rzezi w ich wsi nie będzie.
Że ostrzegą. Że pomogą. Że ukryją.
Wołyń wyglądał jak istne piekło w tych upalnych dniach.
Noc jaśniała łunami pożarów na horyzoncie i niosła krzyki mordowanych bestialsko ludzi. Dzień spowijały kłęby gryzącego dymu i smród rozkładającego się w upale ludzkiego mięsa.
Z cerkwi i wsi ukraińskich niosły się ponure słowa pieśni ukraińskich i chrzęst ostrzonych kos, noży i siekier.
Na polach i pogorzeliskach pełno było tłustych czarnych much, oblepiających zmaltretowane, zakrwawione zwłoki.
Dzikie zwierzęta rozwlekały po polach części ciał.
Po drogach i polach snuli się niczym złe cienie banderowcy w rozchełstanych mundurach.
Byli czarni od sadzy, prochu i zakrzepłej krwi ofiar.
Polowali na ludzi, którym udało się zbiec z wiosek.
Nieprzypadkowo wybitna badaczka rzezi Wołynia, Ewa Siemaszko, ukuła termin ''genocidum atrox''.
Ludobójstwo okrutne.
Ani mowa, ani ukraiński strój nie ratowały. Jedynym ratunkiem było odmawianie pacierza po ukraińsku, bez zająknięcia.
Ludzie uciekali nocami, czołgając się przez pola i bagna. Żywiąc się korzeniami i pijąc wodę z rowów i bagien.
Mordowano wszystkich - starców, kobiety, dzieci. Polaków, Żydów, Ormian, Czechów wołyńskich.
Nawet tych bohaterskich Ukraińców, którzy przedkładali sumienie i uczucia ludzkie, nakazujące chronić bezbronnych, nad obłąkane ''idee'' Dmytro Doncowa, twórcę ukraińskiego nacjonalizmu.
Ci ocalili 2527 osób ryzykując własne życia.
Byli nawet szlachetni upowcy, którzy jedynie udawali, że zabijają i pozwalali uciec Polakom. ''Przychodzi nocą, wali do drzwi, ksiądz otwiera. »Przyszedłem Cię zabić, taki mam rozkaz«. »No cóż, synu, jeśli Ci jestem winny, to strzelaj« – ofiara i napastnik popatrzyli sobie w oczy. Napastnik odszedł''.
Tak opisywał Adam Adamow banderowca z Kuropatnik, którego szlachetność pokonała obłęd ''samostijnej Ukrajiny''.
Ów nieznany partyzant zapłacił za to życiem.
Wołyńsko-galicyjskie bestialstwo ukraińskich nacjonalistów usiłowało rozerwać po narodowych szwach nawet mieszane małżeństwa. Najczęściej jednak - bezskutecznie.
Jakby z przysięgi małżeńskiej, ''póki śmierć nas nie rozłączy'' - woleli uciec, bądź zginąć razem, niż zamordować jedno drugie...
Dodam od siebie, że mniej radykalne skrzydło OUN - Melnykowcy - potępiali banderowskie okrucieństwo.
Jeden z liderów OUN-M, Ołeh Sztul-Żdanowicz pisał:
''Polaków cała Ukraina - szczególnie zachodnia - uważa za wrogów. (...) Ale z polskim narodem jedna nas wspólny wróg. A polska mniejszość na Ukrainie była gotowa być w swej masie lojalna... Nie brakowało z polskiej strony prowokacji i przestępstw. Ale na to trzeba było odpowiedzieć sądem i karą dla winnych. A to, co się na tym odcinku działo w 1943 roku nie daje się wtłoczyć w żadne ramy. Cała akcja postawiła całą mniejszość polską przeciwko nam''. Nieprzypadkowo więc partyzanci OUN-M byli rozbrajani, a nierzadko i rozstrzeliwani przez UPA.
Taki los spotkał 1, kureń partyzancki OUN-M kapitana Mykoły Nedzweckiego "Chrina", który został otoczony przez UPA i rozbrojony.
O tej okrutnej nienawiści do Polaków, niemającej sobie równych, niech świadczy przypadek porucznika Zygmunta Rumla, komendanta okręgu wołyńskiego Batalionów Chłopskich i poety, nazywanego niekiedy ''Kresowym Baczyńskim''.
''Proszę chronić tego chłopca. To będzie wielki poeta'', powiedział o nim jego matce Leopold Staff przed wojną. Na początku lipca 1943 roku Rumel otrzymał polecenie od Kazimierza Banacha, pełnomocnika rządu, by podjąć rozmowę z UPA.
Rumel, w geście dobrej woli, przybył na rozmowy 10 lipca 1943 roku bez obstawy i broni, w towarzystwie przedstawiciela Okręgu Wołyńskiego AK, Krzysztofa Markiewicza i woźnicy Witolda Dobrowolskiego.
Mordercy z UPA, dowodzeni przez kolegę ze szkolnej ławy Markiewicza, Teodora Szabaturę, ''w geście dobrej woli'' ich zamordowali.
Rumla rozerwali końmi.
Miał 28 lat.
Mniej, niż ja obecnie.
''Był to jeden z diamentów, którym strzelano do wroga. Diament ten mógł zabłysnąć pierwszorzędnym blaskiem'', pisał o nim Jarosław Iwaszkiewicz.
* * *
Mordy nie zaczęły się jednak w lipcu 1943 roku, miały bowiem miejsce znacznie wcześniej - za początek rzezi Wołynia uznaje się napad sotni UPA Hryhorija Perehijniaka na kolonię Parośle Pierwsze w lutym 1943 r., gdzie wymordowano 173 Polaków.
Opisywałem Wam to już. Witold Kołodyński tak wspominał ten mord: ''Dowódca powiedział nam: »Musicie się położyć, my was powiążemy, żeby Niemcy was nie skrzywdzili za przetrzymywanie i karmienie partyzantów«. Rozkazał położyć się twarzą do podłogi i nastąpiło bestialskie mordowanie, rąbaniem naszych głów siekierami”.
W marcu 1943 r. sotnia Jurija Stelmaszczuka wymordowała 179 Polaków we wsi Lipniki. Wśród ocalałych z tego mordu był m.in. generał Mirosław Hermaszewski, ocalony jako dziecko przez matkę.
Generał stracił w rzezi 19 krewnych.
W kwietniu 1943 roku sotnia Iwana Łytwynczuka zamordowała 600 Polaków w Janowe Dolinie.
To również Wam opisywałem.
Fakt, że do pacyfikacji tych wsi kierowano samych dowódców okręgów wojskowych UPA, pokazuje, jak wielką uwagę do nich przykładano. Do lipca 1943 roku bandy UPA spaliły 56 wsi polskich.
Ale lipiec był najstraszniejszy.
We wsi Sądowa z 600 mieszkańców ocalało tylko 20, w kolonii Zagaje - z 350 ocalało tylko kilkanaście osób, w kolonii Orzeszyn z 340 Polaków przeżyły 34.
Z 2500 polskich wsi na Wołyniu unicestwiono na zawsze 1500.
W kościele w Porycku 16 lipca bandyci wtargnęli w trakcie Mszy Świętej i wymordowali 100 przebywających tam Polaków, a potem wycięli w pień całą wioskę (222 osoby).
Chodzili między ławami i dokładnie strzelali, by nikt nie przeżył. ''Jak usłyszałam, że mordercy chodzą po kościele i mówią: »O toj jeszcze żywyj«, to szybko złapałam jakąś czapkę umoczoną w ciepłej, lepkiej krwi i potarłam nią twarz sobie i siostrze, udawałyśmy zabitych'', wspominała Jadwiga Krajewska.
''Mieliśmy wówczas ciężki karabin maszynowy (rosyjski) i dwa moździerze małego kalibru. Nocą przygotowaliśmy się, a następnego dnia cały oddział, w tym i ja, napadliśmy (…) na polski kościół, w którym trwało wówczas nabożeństwo, a uczestniczyło w nim do 200-stu osób, [w tym] starych i małoletnich dzieci. Kościół został okrążony i zaczęła się likwidacja ludzi, otworzyliśmy ogień z cekaemu w głąb głównego wejścia i okien, w wyniku czego zabito wielu obywateli i dzieci, a tych, którzy próbowali uciekać, doganiali i dobijali'', wspominał jeden z morderców UPA, Iwan Hryń.
Po zakończeniu mordu, upowcy sprofanowali świątynię, rabując m.in. wino mszalne, po czym wnieśli pocisk artyleryjski i go zdetonowali. Uszkodzony kościół podpalili. Wydarzenie to upamiętnił Wojciech Smarzowski w swoim filmie ''Wołyń''.
Do końca lipca napadnięto 530 polskich miejscowości, w których zginęło co najmniej 20 tysięcy Polaków.
Jedna z uciekinierek opisywała te wydarzenia: "Wokół trupy i potencjalne ofiary. Od każdego Polaka śmierdzi teraz trupem. Chodzą żywe trupy"...
* * *
Myliłby się ten, kto sądził, że odpowiedzialni byli za to jedynie umundurowani bandyci z UPA. Brali w tym udział nie tylko chłopi, ale także kobiety ukraińskie.
Strasznym przykładem jest historia księdza Ludwika Wrodarczyka, proboszcza parafii w Okopach.
Gdy bandy UPA podchodziły pod wieś, parafianie prosili księdza, by ten uciekł i chronił siebie. Ksiądz nie chciał opuścić kościoła i pozostał, by chronić Najświętszy Sakrament.
Gdy banda wkroczyła do wsi, porwała księdza sprzed kościoła, uprzednio mordując 18-letnią dziewczynę i 90-letnią staruszkę, które próbowały chronić kapłana.
Księdza potem wywieziono do lasu.
Bandyci dźgali go bagnetami oraz igłami, przypiekali żelazem.
Jednak ksiądz nadal żył. Wściekli upowcy jeszcze bardziej znęcali się nad swoją ofiarą. Wiedząc, że umrze, ksiądz Wrodarczyk poprosił, by pozwolili mu się pomodlić. Łaskawie zezwolili.
Kapłan długo się modlił o przebaczenie dla własnych oprawców.
Wreszcie wstał: ''Jestem gotów'', powiedział. Wtedy ukraińskie baby rzuciły się na księdza i, przywiązawszy go do kłody, zaczęły przecinać go żywcem piłą do drewna.
Przecięty do połowy ksiądz, potwornie okrwawiony i zmaltretowany, żył jeszcze, więc Ukraińcy zaczęli do niego strzelać.
Dopiero wtedy ksiądz zmarł. Miał 36 lat.
Równie wstrząsającą historią jest zamordowanie 27-letniej Felicji Doleckiej ze Swojczowa.
Tej pomoc zaoferowali ukraińscy policjanci, uspokajając, że nic jej nie grozi.
Zabrali ją na swój posterunek w Gnojnie.
Przez całą dobę biedną dziewczynę gwałcili wszyscy ukraińscy policjanci z posterunku.
Na koniec zmaltretowaną wbito na pal i pozwolono jej długo umierać.
Jedna z najstraszniejszych historii, o jakiej czytałem, to przerażająca nocna ''zabawa'' Ukraińców (niestety nie doszukałem się, gdzie to się wydarzyło).
Oto na rozległej polanie Ukraińcy - ludność cywilna i upowcy - urządzili sobie zabawę.
Ktoś grał na akordeonie, Ukrainki śpiewały pieśni narodowe i tańczyły.
Wódka lała się strumieniami.
A dosłownie kilkadziesiąt metrów dalej w wielkim dole rozpalono wielkie ognisko, gdzie piekli się żywcem Polacy, przywiezieni z sąsiedniej wsi.
Upowcy wiązali ich z sianem i wrzucali niczym jakieś okropne kłody drewna do ognia. Ich straszliwe krzyki dochodziły do bawiących się, ale nie przerywało to zabawy.
Inna sytuacja: w jednej ze wsi przywiązano do drzewa młode polskie małżeństwo. Zgromadzona wokół ukraińska tłuszcza krzyczała i pluła na nich, a banderowiec z wielkim nożem pytał wesoło tłum, którą część ciała któremu z nieszczęśników ma odciąć. Barbarzyńska ''zabawa'' skończyła się, gdy z małżeństwa zostały tylko dwie pokrwawione kupki mięsa.
Jeszcze inna: pewien Ukrainiec zdekapitował całą rodzinę swoich polskich krewnych, a następnie posadził ciała przy stole.
Głowy umieścił na stojących przed nimi talerzach.
Jakikolwiek najgorszy amerykański seryjny morderca przy opisach Wołynia wygląda jak niegroźny chuligan.
* * *
''Obok mnie leżała kobieta, Maria Jesionek. (…) Ona też wyskoczyła z płonącego budynku wraz z dziećmi, tuż przede mną. Morderca ugodził ją kulą, leżała martwa na swym uduszonym niemowlęciu. Jej ośmioletni syn został też zastrzelony, ten zaś pięcioletni siedział tuż przy martwej matce, szarpał ją i wołał: – »Mamo wstawaj, chodźmy do domu«. Płakał.
Podbiegł do niego Ukrainiec, przyłożył lufę karabinu do głowy i strzelił.'', wspominał Henryk Kloc.
"Gdy banderowcy podpalili dom, przyszli i znaleźli ojca i tych czterech braci, widziałam jak ojciec ukląkł na kolana i zaczął prosić o darowanie życia.
Ale dwóch banderowców podeszło i widłami jeden z jednej strony a drugi z drugiej wbili widły w jego boki i zaciągnęli ojca i wrzucili do ognia. Następnie wrócili po resztę dzieci i również wzięli za ręce lub za nogi i żywcem wrzucili do ognia."
''W pierwszym zabudowaniu znaleźliśmy wstrząsający widok. Wbitego na ostry słup przy furtce kilkuletniego chłopca.
Na parkanie był napis: »Litak Sikorskoho« [Samolot Sikorskiego].
Przed progiem domu leżały trupy mężczyzn i dwóch kobiet okrutnie porąbanych siekierą'', wspominał Jerzy Krasowski.
''Dziadek leżał na podłodze na prawo od drzwi. Właściwie nie było widać głowy, była jakby wbita siekierą w ciało, w płuca. Ściany były zbryzgane krwią, na podłodze rozmazana była krwawa maź.
Gdy chwyciłem ciało dziadka, fragment jego mózgu wyleciał na moją pierś.
Babcia leżała obok dziadka porąbana wzdłuż ciała siekierą'', wspominał Zygmunt Maguza z kolonii Witoldów, który w rzezi wołyńskiej stracił 40 krewnych. Czterdziestu.
''W jednej z wiosek w pobliżu Derażnego po pogromie znaleziono w chacie małe dziecko z wyprutymi wnętrznościami.
Jelita były rozpięte na ścianie w jakiś nieregularny sposób, a na jednym z gwoździ wisiała kartka z napisem: »Polska od morza do morza«'', wspominał Wincenty Romanowski.
''W okresie służby w Służbie Bezpieczeństwa UPA osobiście zabiłem 15 osób.
Pamiętam, w lipcu 1943 nasz oddział przybył do byłej posiadłości hrabiego Koszewskiego, gdzie mieszkało około 100 Polaków, których zlikwidowaliśmy bezlitośnie przy użyciu broni palnej i białej.
Zlikwidowaliśmy całe rodziny, nie oszczędzając starców, kobiet i dzieci.
Dzieci płakały, kobiety – matki prosiły aby pozostawić ich dzieci przy życiu. Ale nie zwracaliśmy na te prośby uwagi i zabijali je używając do tego broni i noży.
Osobiście zastrzeliłem z karabinu w tej rozprawie 8 ludzi...'', na procesie mówił członek SB OUN, Arsenij Bożewskij.
''Maleńkie dzieci nieraz nie rozumiały śmierci i tkwiły przy zwłokach matki, płacząc i dopominając się o jej reakcję. W osadzie Chrynów (pow. Włodzimierz) półtoraroczne dziecko Jana i Marzanny Blicharzów z odrąbaną ręką pełzało po martwej matce, wołając »mamo«, zaś siedmiomiesięczne dziecko Wacława i Jadwigi Demków z Jadwigina (pow. Łuck) ssało pierś martwej matki''.
''Tata mówił do banderowca: – Panowie, co złego wam zrobiliśmy, czego od nas chcecie?
Banderowiec uderzył ojca kolbą i obrzucił wyzwiskami. Chwilę później usłyszałam przeraźliwy bełkot naszego sąsiada – niemego. Ożenił się i miał normalne, ładne dzieci. Bili ich pałami, słyszałam głośne uderzenia.
Chyba czymś kłuli, bo ofiary krzyczały przeraźliwie.
Za chwilę zaczęli bić Irkę i Paulinkę.
Coś im robili okrutnego, bo rozległ się pisk okrutny. Ojca zaczęli mordować chwilę później. Słyszałam jego głuchy krzyk, jęki, rzężenie i odgłosy uderzeń pośród pokrzykiwań i śmiechu. Zatkałam uszy. Po chwili spojrzałam przez szparę w płocie, zauważyłam kogoś leżącego, zakrwawionego. To na pewno był mężczyzna. Może ojciec? Szeptałam bez przerwy:
– Boże ocal, zakryj przed ich wzrokiem. Matko Boska ratuj!
Krzyki ucichły. Słychać było tylko głosy Ukraińców – rozmawiali, śmiali się, kopali na podwórzu dół dla pomordowanych'', wspominała Alfreda Magdziak.
''Myśmy się wtedy nie bali śmierci. Baliśmy się mordu, sposobu, w jaki umrzemy.
Rodzice się przygotowali. Mama miała małą siekierę; pamiętam, z żółtym trzonkiem.
Ojciec – pistolet z dwiema kulami.
Zaplanowali, że gdy przyjdą mordercy, tata nas zastrzeli. Mama i ja dostaniemy prawo do godnej śmierci. Nie wiem, jak ojciec sobie wyobrażał własną. Nie wszyscy mieli broń i taką możliwość, jak my'', wspominała Maria Berny.
''Najpierw o ściany domów porozbijali głowy chłopczyków. Później przystąpiono do zarzynania żony Trybulskiego. By nie krzyczała, przewiązano jej usta drutem kolczastym'', wspominał Mirosław Łoziński.
''Kilku banderowców podbiegło do mojej mamy i jeden z nich uderzył ją w głowę siekierą.
Mama upadła i wypuściła z rąk brata Tadzia, a ja z przerażenia krzyczałam. Mama czołgając się, przygarnęła do siebie płaczącego i zakrwawionego Tadzia, dała mu pierś. Po niedługiej chwili ponownie podbiegli banderowcy do mojej mamy i podcięli jej gardło. Jeszcze żyła, kiedy zdarli z niej szaty i poodcinali jej piersi. Mama i Tadzio bardzo się męczyli. Mama z bólu powyrywała sobie długie włosy z głowy, była strasznie zmieniona, bałam się jej. Pobiegłam do tatusia i widziałam, jak bardzo go bili. Widziałam, jak naszej sąsiadce, Wasylkowskiej, odrąbywali na pieńku głowę. Mój krzyk był tak przerażający, że jeden z banderowców podbiegł do mnie i z rozmachem wbił mi nóż troszeczkę poniżej gardła, a ja dalej krzyczałam i ze strachu nie mogłam się ruszyć z miejsca.
Banderowcy krzyczeli po imieniu do ojca, a ojciec też po imieniu błagał Iwana, bo ciągle przychodził do naszego tatusia jako przyjaciel'', wspominała Irena Gajowczyk.
* * *
Rzeź trwała i później - w sierpniu, gdzie wyrachowani upowcy dali Polakom czas na dokończenie żniw, a potem ich wymordowali - rzeź rozpoczęła się (także w niedzielę) 29 sierpnia 1943 roku, kiedy zaatakowano 64 miejscowości.
W całym sierpniu wymordowano i spalono 301 wsi polskich. W dwóch tylko wsiach - Wola Ostrowiecka i Ostrówka - samego 30 sierpnia banda Iwana Kłymczaka ''Łysego'' zamordowała w sumie 1066 Polaków, z czego 466 dzieci w wieku do 14 lat.
Historia rzezi wsi Ostrówki mrozi krew w żyłach. 30 sierpnia bandyci UPA weszli do wsi i zaczęli zgarniać mężczyzn i chłopców.
Tych prowadzili do wykopanych dołów, gdzie rozłupywali im głowy pałkami i siekierami. Miejscowemu księdzu obcięto głowę.
Starcy, kobiety i dzieci, zamknięte w miejscowym kościele, zaczęli śpiewać pieśni religijne, modlić się żarliwie, wybaczać sobie wzajemne kłótnie i nieporozumienia... Banderowcy zamierzali spalić ich żywcem, ale na miejscu przypadkiem pojawił się niemiecki patrol, który z miejsca zaczął ostrzeliwać bandziorów.
Niemcy nie mogli jednak pokonać liczniejszych napastników i wycofali się.
Wówczas banderowcy wyciągnęli z kościoła trzysta osób i poprowadzili pod las Kokorawiec. Po drodze mordowali tych, którzy nie mogli, lub nie chcieli iść. ''Ułożyli nas rzędem. Twarzami do ziemi. Mama, ciocia, babcia i inni krewni.
Ja leżałem obok mamy.
Przytuliła mnie mocno.
Potem usłyszałem wystrzały. Nagle huk rozległ się tuż obok mnie. Mama drgnęła konwulsyjnie, poczułem krótki, mocny uścisk jej dłoni, a potem nagle jej ciało zwiotczało. Poczułem, że coś lepkiego spływa mi po twarzy'', wspominał Aleksander Pradun, który wówczas miał 13 lat.
Gdy Ukraińcy skończyli mordować Polaków, odeszli, śmiejąc się, że ''tam leżą zabite polskie mordy''. Potem zaczęli plądrowanie wsi. Nawoływali po obejściach po polsku, by wywabić ukrywających się, po czym ich mordowali. ''Ukrainiec strzelił do dziecka. Lat może trzy–cztery. Pocisk zerwał mu czaszkę i to dziecko wstało, a następnie, płacząc, biegało to w jedną, to w drugą stronę, z otwartym, pulsującym mózgiem'', wspominał jeden z ocalałych. Po trzech dniach, gdy ciała już rozkładały się w upale, banderowcy spędzili okolicznych Ukraińców i kazali im pochować zamordowanych w zbiorowej mogile. Jeszcze przez wiele lat nazywano to miejsce ''Trupim polem''. W bliźniaczy sposób i tego samego dnia wymordowano mieszkańców wsi Wola Ostrowiecka, gdzie kobiety i dzieci spalono w kościele.
Po wymordowaniu wsi banderowcy urządzili sobie libację w lesie, obficie zapijaną samogonem. Dumny z siebie Kłymczak raportował: ''Zlikwidowałem wszystkich Polaków od małego do starego. Wszystkie budynki spaliłem, a mienie i bydło zabrałem dla potrzeb kurenia.''
Rzeź na Wołyniu, a także w Galicji wznowiono następnie w grudniu 1943 roku w okresie Bożego Narodzenia i trwała ona do lutego-marca 1944 roku, kiedy bandziorów przepłoszyła Armia Czerwona, tym samym, raczej przypadkowo, ratując Polaków.
Oszalałe bandy ukraińskich zbirów mordowały już całkiem samowolnie, wbrew rozkazom prowydnyków, jesienią 1944 roku i zimą 1944-1945. Mordy i pacyfikacje wsi miały miejsce nawet wiosną i latem 1945 roku.
Upowskie bestialstwo przerwały dopiero wysiedlenia Polaków z Kresów i zdecydowane akcje NKWD już po wojnie, które spacyfikowały banderowskich morderców.
Do mordów dochodziło także na Podkarpaciu i Lubelszczyźnie.
W całej rzezi wołyńskiej zginęło około 60-80 tysięcy osób.
W rzezi w Małopolsce Wschodniej w latach 1943-45 - od 30 do 70 tysięcy. Ta druga rzeź była już lepiej przygotowana i obliczona na wypędzenie Polaków - w odróżnieniu od Wołynia, gdzie Polaków po prostu chciano unicestwić.
Rozrzucano ulotki, szerzono plotki, stosowano odezwy do Polaków, by ci wyjeżdżali i zostawili majątek - inaczej niechybnie zginą.
W efekcie, poza pomordowanymi, setki tysięcy ludzi uciekło na tereny Polski po lewej stronie Bugu, do dużych miast jak Lwów, bądź zgłaszało się na ochotnika do wyjazdu na roboty do Niemiec, a po wojnie - uciekało do Polski pod sowiecką presją.
Byleby uciec od horroru. Doprowadziło to do całkowitej depolonizacji tych ziem.
Ten jeden, jedyny raz UPA i NKWD, mimo ogromnej wrogości do siebie, zjednoczył wspólny cel.
Przerażające w historii Rzezi Wołynia jest jeszcze jedno. W lipcu i sierpniu 1943 roku, a szczególnie wiosną 1944 roku, było już po klęsce Niemców pod Stalingradem i w Afryce, po klęsce na Łuku Kurskim i Sycylii. Oczywistym było, że „samostijna Ukraina” nie powstanie wskutek II Wojny Światowej.
Wiadomo było, że Armia Czerwona niebawem dotrze na Wołyń i do Galicji, i tereny te dostaną się w ręce ZSRR. UPA de facto pomogła znienawidzonym bolszewikom.
* * *
Jedna z najstraszniejszych scen, jakie zapamiętałem z filmu ''Wołyń'' to nie sceny mordowania, czy okrucieństwa.
To scena, gdy jeden z upowców podaje Zosi parę butów. Ładne, damskie buty. Używane. ''Weź'', zachęca dobrotliwie.
Domyślać się można, co stało się z ich poprzednią właścicielką...
Gdy kiedyś, w lipcu, na planie filmowym miałem wcielić się w banderowca, wytrzymałem dwa dni na planie.
Trzeciego nie wytrzymałem. Było upalne lato na Kielecczyźnie, zboże było do pasa, technicy rozpylali sztuczny dym, a my ujęcie za ujęciem powtarzaliśmy mordowanie Polaków wychodzących z kościoła. Poczucie immersji było zbyt silne.
Tak siedzę sobie co roku nad tym tekstem (pierwsza jego wersja powstała w chyba 2017 roku) i zawsze mnie nachodzi smutek, jak zapomnianym tematem jest Wołyń.
Tak naprawdę pierwszy i jedyny raz głośniej o tych wydarzeniach zrobiło się dopiero w 70. rocznicę mordu - w 2013 roku.
Zaraz potem był Majdan, Krym, zielone ludziki. I ''mądrzejsze o tem było nie wspominać''. Bo tak naprawdę żadne władze RP nie chciały nigdy omawiać tego tematu. Zawsze ważniejsze były ''dobre stosunki'' i udawanie, że czczenie Bandery, Szuchewycza i innych to nieważne drobiazgi. Nie było ogólnopolskich akcji wpinania kwiatów lnu. Pomników i ulic nazwanych ku pamięci ofiar jest jak na lekarstwo.
Nie stosowano terminu ''ludobójstwo''. Stawiano na piedestał cierpienie innej mniejszości etnicznej, mordowanej w Polsce.
I, co najgorsze: zamordowani Polacy do dzisiaj nie mają swoich grobów. Leżą tak, jak zginęli w upiornym lipcu 1943 roku.
W 80. rocznicę Ludobójstwa nie doczekaliśmy się ani przeprosin, ani ekshumacji, ani pomników.
Doczekaliśmy się krzyża z patyków postawionego w szczerym polu.
Pozostawię to bez komentarza.
Ocalałym nawet ucieczka nie przyniosła ulgi. Wielu nie miało ani dokąd pójść, ani dokąd wracać. Wielu z nich jedyne, co ocaliło ze swojego życia, to najwyżej ubranie na sobie. Ciągle musieli się przemieszczać, żyli w bezustannym strachu. I co najgorsze dla nich - musieli milczeć.
Powojenna komunistyczna Polska niechętnie patrzyła na upamiętnianie ludobójstwa na Kresach - ziemiach należących przecież do ''bratniego Związku Radzieckiego''.
Wielu ocalałych nie wytrzymało ze stresu, zmarli przedwcześnie. Pozostali musieli nauczyć się żyć samemu z ogromnymi traumami upiornego lata '43.
Bez niczyjej pomocy. Pozostawieni sami sobie.
Ale to, co napawa mnie nadzieją, to fakt, że Wołyń to prawdziwie oddolnie upamiętniana tragedia. Że jednoczy ludzi o różnych poglądach, statusie społecznym, wyznaniu. Że tak naprawdę w Polsce nie ma ludzi rozumnych, którzy próbowaliby to ludobójstwo jakoś wytłumaczyć. I dlatego - pamięć o strasznym lipcu 1943 roku przetrwa.
„Nie o zemstę, lecz o pamięć wołają ofiary”...
Pamięć, którą jesteśmy winni tym ludziom. Naszym rodakom. Mężczyznom, kobietom, dzieciom, starcom. Bestialsko zamordowanym przez zwyrodnialców, przez pomyłkę nazywanych ''ludźmi''.
Zamordowanym tylko i wyłącznie za to, że byli Polakami i katolikami.
Na zakończenie wypada jedynie zacytować słowa ocalałej z rzezi Zofii Szwal z 2018 roku:
''Jeśli dzisiaj Ukrainiec prosi mnie o przebaczenie i mówi, że sam też mi wybacza, to ja się zastanawiam: »Ale co? Co ty mi przebaczasz?« Ja mu mam przebaczyć, że wymordowano mi szesnaście osób z najbliższej rodziny, a on mi ma przebaczyć to, że przeżyłam? Kiedy jeździłam na Wołyń mówiłam Ukraińcom, że gdyby ktoś przyszedł i powiedział: »zamordowałem«, i zapłakał, to ja zapłakałabym razem z nim, zapłakałabym, że ciąży na nim taka straszna zbrodnia. I to jest właśnie droga do pojednania.''
Zapamiętajcie ten wpis. Pamiętajcie o nim i nieście go w świat. Jeśli chcecie, możecie mnie jakoś wesprzeć finansowo, choćby symbolicznie, bo czuję, że zaczyna mi brakować pary i motywacji przy opisywaniu tych zbrodni. To jedno, o co Was proszę. Szczególnie dziś.
W rocznicę jednego z największych bestialstw polskiej historii.
Bo „jeśli ci umilkną, kamienie wołać będą”...
Koloryzacja: Kolor na froncie
#Wołyń #Wołyń1943"