Civil War jak wskazuje angielski tytuł ukazuje hipotetyczną wojnę domową w USA niedalekiej przyszłości.
Oglądamy ją nie z perspektywy cywili czy żołnierzy ale czworga korespondentów wojennych próbujących przebić się z Nowego Yorku do Waszyngtonu licząc na materiał życia.
Ostatni wywiad z upadającym prezydentem USA.
Ich droga prowadzi przez zniszczony wieloletnią zapaścią ekonomiczną i wojną kraj.
Śladem wycofujących się w panice niczym Wehrmacht w 1945 sił rządowych, których niedobitki miejscami nadal walczą z nacierającymi separatystami.
Wrażenie pogłębiają komunikaty radiowe rządu w Waszyngtonie, nieodmienne donoszące o "zwycięstwie na wszystkich frontach".
Chaos pogłębiają bandy maruderów, dezerterów i bandytów a odpowiedzią czemu żołnierze lub bojownicy do kogoś strzelają jest najczęściej "Bo tamci strzelają."
Nieliczne oazy względnego spokoju w miejscach przez które front już przeszedł lub je ominął z reguły zawdzięczają to czujności bezwzględnych, lokalnych milicji.
Sceny walk są świetnie zrealizowane, bez patosu i sztucznego bohaterstwa walczących.
Bardziej przywodzą na myśl prawdziwe nagrania walk z Syrii, Ukrainy czy wojen w Afryce jak to do czego przyzwyczaiło nas kino wojenne Made in USA.
Akty heroizmu jeśli już się zdarzają z reguły mają swoją brutalną cenę.
Film jest godny polecenia, wręcz można go określić jako jeden z najlepszych w amerykańskim kinie mijającego roku.
