Domowa produkcja biodiesla.
: pn 28 wrz 2026, 14:31
Tekst z profilu fb Krzysiek Kempisty.
Pozdrawiam jak trafił na to forum!
https://www.facebook.com/share/p/19h4NRFjaK/
Widać że to w sumie nie jest tak łatwy i szybki proces.
Wielu mając starsze auto z dieslem na pompie rotacyjnej po prostu myśli nad mieszaniem oleju rzepakowego z paliwem z rafinerii.
I jeżdżeniu.
Artykuł ma oczywiście charakter wyłącznie akademicki.
Nikt nie chce uszczuplać wpływów do budżetu państwa!
,,W Polsce przy najmniej teoretycznie nie ma cenzury prewencyjnej, więc:
Jeśli chcecie naprawdę zaoszczędzić na paliwie i nie zabić przy tym wtrysków w swoim aucie, musicie podejść do produkcji biodiesla jak do gotowania porządnej, wymagającej czasu potrawy.
Zaczyna się od solidnego zaopatrzenia, więc ładujecie do bagażnika zgrzewki najtańszego rzepakowego z promocji.
Najpierw trzeba ten olej odpowiednio potraktować, żeby zimą nie zapchał wam filtra, dlatego wystawiacie bańki na mróz na dobę lub dwie.
Kiedy te wszystkie przeklęte parafiny i woski zbiją się w mętne kłaczki i opadną na dno, delikatnie zlewacie czysty olej i filtrujecie go przez gruby filc, koniecznie na zewnątrz, żeby w cieple osad z powrotem się nie rozpuścił.
Mając sklarowaną bazę, wjeżdżacie do warsztatu, przelewacie wszystko do wielkiego gara i podgrzewacie do jakichś pięćdziesięciu stopni.
W międzyczasie szykujecie zaprawę, co wymaga aptekarskiej precyzji - na jubilerskiej wadze odważacie dokładnie 3,5 grama wodorotlenku sodu (kreta) na każdy litr oleju i rozpuszczacie to w 200 mililitrach metanolu na litr bazy.
Z tym trzeba uważać, robić to na świeżym powietrzu i w grubych rękawicach, bo opary są toksyczne, a pojemnik natychmiast robi się gorący.
Tak przygotowany, żrący metanolan wlewacie cienką stróżką do ciepłego oleju i mieszacie to mechanicznie przez bitą godzinę, pilnując stałej temperatury.
Następnie zostawiacie całą miksturę w świętym spokoju na całą dobę, żeby grawitacja zrobiła swoje.
Na dno opadnie gęsta, ciemna gliceryna z resztkami katalizatora, którą po prostu zlewacie do utylizacji, a na górze zostanie wam rzadszy, bursztynowy biodiesel.
Żeby to rzemieślnicze paliwo nie zniszczyło wam silnika, musicie je jeszcze kilkukrotnie wypłukać mgiełką z czystej wody ze zraszacza, która wyciągnie resztki ługu i mydła, opadając na dno jako mętna breja, którą odrzucacie. Kiedy po paru płukaniach woda spływa krystalicznie czysta, musicie ten domowy specyfik dosłownie "usmażyć" - podgrzewacie całość do setki, żeby odparować z niego resztki wilgoci.
Gdy płyn staje się idealnie klarowny, proces jest zakończony, a wam zostaje już tylko cieszyć się tanim paliwem.
Uwaga, to wszystko jest legalne.
Nielegalne staje się dopiero w momencie wlewania tego do baku.
Tak na marginesie, zastanawiam się dlaczego urząd skarbowy nie czepia się jazdy na wyprodukowanym przez własne panele prądzie, a jazda na własnym biodieslu może zakończyć się odsiadką?"
Pozdrawiam jak trafił na to forum!
https://www.facebook.com/share/p/19h4NRFjaK/
Widać że to w sumie nie jest tak łatwy i szybki proces.
Wielu mając starsze auto z dieslem na pompie rotacyjnej po prostu myśli nad mieszaniem oleju rzepakowego z paliwem z rafinerii.
I jeżdżeniu.
Artykuł ma oczywiście charakter wyłącznie akademicki.
Nikt nie chce uszczuplać wpływów do budżetu państwa!
,,W Polsce przy najmniej teoretycznie nie ma cenzury prewencyjnej, więc:
Jeśli chcecie naprawdę zaoszczędzić na paliwie i nie zabić przy tym wtrysków w swoim aucie, musicie podejść do produkcji biodiesla jak do gotowania porządnej, wymagającej czasu potrawy.
Zaczyna się od solidnego zaopatrzenia, więc ładujecie do bagażnika zgrzewki najtańszego rzepakowego z promocji.
Najpierw trzeba ten olej odpowiednio potraktować, żeby zimą nie zapchał wam filtra, dlatego wystawiacie bańki na mróz na dobę lub dwie.
Kiedy te wszystkie przeklęte parafiny i woski zbiją się w mętne kłaczki i opadną na dno, delikatnie zlewacie czysty olej i filtrujecie go przez gruby filc, koniecznie na zewnątrz, żeby w cieple osad z powrotem się nie rozpuścił.
Mając sklarowaną bazę, wjeżdżacie do warsztatu, przelewacie wszystko do wielkiego gara i podgrzewacie do jakichś pięćdziesięciu stopni.
W międzyczasie szykujecie zaprawę, co wymaga aptekarskiej precyzji - na jubilerskiej wadze odważacie dokładnie 3,5 grama wodorotlenku sodu (kreta) na każdy litr oleju i rozpuszczacie to w 200 mililitrach metanolu na litr bazy.
Z tym trzeba uważać, robić to na świeżym powietrzu i w grubych rękawicach, bo opary są toksyczne, a pojemnik natychmiast robi się gorący.
Tak przygotowany, żrący metanolan wlewacie cienką stróżką do ciepłego oleju i mieszacie to mechanicznie przez bitą godzinę, pilnując stałej temperatury.
Następnie zostawiacie całą miksturę w świętym spokoju na całą dobę, żeby grawitacja zrobiła swoje.
Na dno opadnie gęsta, ciemna gliceryna z resztkami katalizatora, którą po prostu zlewacie do utylizacji, a na górze zostanie wam rzadszy, bursztynowy biodiesel.
Żeby to rzemieślnicze paliwo nie zniszczyło wam silnika, musicie je jeszcze kilkukrotnie wypłukać mgiełką z czystej wody ze zraszacza, która wyciągnie resztki ługu i mydła, opadając na dno jako mętna breja, którą odrzucacie. Kiedy po paru płukaniach woda spływa krystalicznie czysta, musicie ten domowy specyfik dosłownie "usmażyć" - podgrzewacie całość do setki, żeby odparować z niego resztki wilgoci.
Gdy płyn staje się idealnie klarowny, proces jest zakończony, a wam zostaje już tylko cieszyć się tanim paliwem.
Uwaga, to wszystko jest legalne.
Nielegalne staje się dopiero w momencie wlewania tego do baku.
Tak na marginesie, zastanawiam się dlaczego urząd skarbowy nie czepia się jazdy na wyprodukowanym przez własne panele prądzie, a jazda na własnym biodieslu może zakończyć się odsiadką?"