Tytuł, przyznaję się bez bicia, nadałem temu wpisowi dość przewrotny, odwołując się do nie tak odległej tresury społecznej. Jednak wydaje mi się, że pasuje jak ulał, o czym przekonacie się w dalszych zdaniach, które nieporadnie sklecam, rozpalany gorączką i ganiany jelitówką
W życiu każdego człowieka, są pewne etapy, które nastają na skutek działania wielu czynników zewnętrznych. Dojrzewamy i doroślejemy. Spotykamy innych ludzi, poznajemy inne miejsca, kultury, zwyczaje i raczej coś się w nas zmienia, wychodzimy poza przysłowiowy schemat. Zwykle, gdyż pojemność naszego mózgu, oraz jego elastyczność, jest także kluczowa. Na pewnym etapie życia, łapiemy się na tym, że rzeczywistość nas otaczająca, nie odpowiada nam w żadnej mierze. To jest dość niebezpieczny moment, jeśli przydaży się w zbyt młodym wieku. W grę wchodzą takie pojęcia jak "alienacja" czy "outsider" i o ile obecnie brzmią groźnie (wykluczenie takie czy owakie, ktoś kto się alienuje jest dziwny czy podejrzany, a outsider może zostać jakimś wywrotowcem czy terrorystą - takie wnioski można wysnuć z obecnej narracji), o tyle groźnymi być wcale nie muszą. W okresie dojrzewania, dochodzi także bunt, jako naturalny element życia, jednak ja nie o tym. Zaznaczam jedynie z kronikarskiego obowiązku. Interesuje mnie natomiast ten etap życia, w którym orientujemy się, że żyjemy w iluzji. Spokojnie, nie mam na myśli matrixa ani innych gęstości Wszechświata! Iluzją są pewne konwenanse społeczne, bezsensowne rozmowy o niczym, lub o czymś, co z naszego punktu widzenia, jest mało istotne (kwestia względna). Do tego dochodzą takie czynniki jak głupawe reklamy, płytka muzyka i brak interesujących nas treści w głównym nurcie. Człowiek pozbywa się telewizora/przestawia ma radioodbiornik, więcej czasu poświęca na książki i zaczyna kształtować własne otoczenie, wpuszczając do niego jedynie tych ludzi, którzy podobnie jak on, mają coś do powiedzenia, lub potrafią wspólnie milczeć w trakcie spotkania na przysłowiowej kawie. Zakładam, że część z Was zna to uczucie. Czasami obecność kogoś podobnie myślącego, jest wystarczającą interakcją społeczną. Bez tiutania, pitolenia, umartwiania się, narzekania, czy w końcu wiecznego wkurwiania się na to, czy na tamto. Więc rozwija się w nas "dystans społeczny", w którym albo poczujemy się dobrze, albo dyskomfortowo (myślę, że jest to możliwe - kwestia adaptacji? Nie wiem).
Z wolna rezygnujemy z socjal mediów, z nijakich rozmów, blichtru i tandety. Zaczynamy doceniać wartość prostych rzeczy w życiu, wartościowych ludzi. Nie uciekamy, nie wycofujemy się z życia. Po prostu dystansujemy się od tej sztucznej otoczki, narzuconej przez - no właśnie, przez kogo? Jedni powiedzą, że przez system, inni, że przez samych siebie. Wydaje mi się, że problem jest złożony, ale nie do tego zmierzam. To oddalenie jest zdrowym objawem naszego rozwoju, jako człowieka coraz starszego, więcej rozumiejącego. Nie uciekamy przed życiem, nie chowamy się przed problemami, tylko potrafimy usunąć ze swego otoczenia zbędne interakcje, sztuczne problemy i medialny hałas. Jest nam lepiej we własnej "ciszy".
Napisałem to wszystko, aby nowi w temacie takiego postrzegania świata, nie czuli się nieswojo, gdy zacznie się ono w nich rozwijać. To całkiem normalne i zdrowe podejście do życia, bez zbędmego szumu. I tutaj samo się ciśnie: „natychmiast spadły z jego oczu jakby łuski i odzyskał wzrok” (Dz 9,18).
Nasze oddalenie jest zdrowym objawem ciągłego dojrzewania, naszej wewnętrznej ewolucji.

