Przebieg czystki etnicznej na przykładzie zbrodni w Parośli 80 lat temu.
-
Ramzan Szimanow
- Posty: 2739
- Rejestracja: czw 27 sty 2022, 10:49
- Kontakt:
,,Zbrodnia w Woli Ostrowieckiej. Najbardziej cyniczna akcja banderowców
"Zlikwidowałem wszystkich Polaków od małego do starego. Wszystkie budynki spaliłem, mienie i chudobę zabrałem" — raportował ukraiński dowódca po masakrze mieszkańców Woli Ostrowieckiej latem 1943 r.
W dwa dni spokojna wieś przestała istnieć, a ponad pół tysiąca jej mieszkańców — głównie kobiety i dzieci — zostało bestialsko wymordowanych pod pozorem wspólnej walki z Niemcami.
To jedna z najbardziej perfidnych zbrodni całej wołyńskiej rzezi.
Wołyń 1943: fala mordów nie ustaje
Lato 1943 r. na Wołyniu to apogeum planowej eksterminacji ludności polskiej przez ukraińskich nacjonalistów z UPA.
Główna fala ludobójstwa rozpoczęła się w marcu, ale to 11 lipca 1943 r. — w tzw. krwawą niedzielę — UPA przeprowadziła skoordynowany atak na 99 polskich miejscowości, głównie w powiatach horochowskim, włodzimierskim, łuckim i kowelskim.
Tego dnia Polacy byli mordowani podczas mszy świętych, we własnych domach, na drogach i polach — ginęli od ciosów siekierą, bagnetem, od kul, ognia i granatów.
Na tym jednak fala mordów się nie zakończyła. W kolejnych tygodniach i miesiącach z równą bezwzględnością kontynuowano akcje eksterminacyjne, stopniowo obejmujące kolejne rejony Wołynia i Małopolski Wschodniej.
Palono wsie, dokonywano masakr z zaskoczenia, stosowano terror psychologiczny, by wypędzić Polaków z ziem uznanych przez UPA za "ukraińskie".
Jednym z głównych celów była etniczna czystka Wołynia z wszelkiego elementu polskiego.
W dniach 29-30 sierpnia 1943 r. UPA zaatakowała ponad 30 polskich wsi w powiecie lubomelskim.
Była to zaplanowana operacja o charakterze ludobójczym, przeprowadzona przez kureń dowodzony przez Iwana Kłymczaka "Łysego", wspierany przez inne oddziały i lokalną ludność ukraińską.
Największą masakrę urządzono w dwóch sąsiadujących ze sobą wsiach — Ostrówkach i Woli Ostrowieckiej, które zostały doszczętnie zniszczone, a ich polska ludność — w liczbie ponad 1 tys. osób — wymordowana z bezprecedensowym okrucieństwem.
Fałszywa mobilizacja i uśpienie czujności
Wola Ostrowiecka — niewielka osada niedaleko Lubomla — stała się symbolem okrucieństwa i cynizmu oprawców. 30 sierpnia miejscowość została otoczona przez oddział UPA wspierany przez miejscowych Ukraińców.
Dowodził nim Iwan Kłymczak "Łysy".
Oficerowie UPA - dowódcy kureniów: Aleksander Stepczuk, Iwan Klimczak oraz Nikon Semeniuk w służbie niemieckiej w latach 1941-1942
We wczesnych godzinach rannych większość mieszkańców Woli Ostrowieckiej była już na nogach po niespokojnej nocy. Wielu Polaków spędzało noce poza domami, kryjąc się w zaroślach, gdyż bali się napaści — w okolicy od tygodni dochodziło do palenia polskich zagród. Tego dnia do wsi przybyli jednak niespodziewani goście z wiadomością, która miała uspokoić czujność ludności.
Do mieszkańców wsi dotarli bowiem gońcy z informacją, że UPA tworzy polsko-ukraiński oddział do walki z Niemcami.
Wezwano wszystkich do szkoły na rejestrację. Polacy dali się oszukać. Starszym i chorym pomagano dojść.
Kto odmawiał — ginął na miejscu.
Masakra mężczyzn
Po przemówieniu dowódcy UPA mężczyzn zaczęto wywoływać pod pretekstem badań. Mężczyzn wywoływano po kilku — początkowo po 5-10 osób — pod pretekstem wspomnianych badań i rejestracji do formowanego oddziału. Wyprowadzonych Polaków odprowadzano za pobliskie zabudowania, gdzie czekała już grupa oprawców z przygotowanymi narzędziami.
Tam, na wcześniej wykopanym dole, dokonywano egzekucji: ofiarom kazano kłaść się twarzą do ziemi w rowie, po czym mordowano je brutalnie przy użyciu siekier, młotów do uboju bydła, maczug i pałek.
Co ważne, nie używano broni palnej — pojedyncze uderzenia zadawane bronią obuchową nie były słyszalne dla pozostałych, dzięki czemu reszta zgromadzonych Polaków długo nie zdawała sobie sprawy z trwającej rzezi.
Grupy mężczyzn wyprowadzano jedna po drugiej, systematycznie zmniejszając tłum na placu.
Proceder trwał około dwóch godzin.
W tym czasie w stodole należącej do jednego z gospodarzy powstała już improwizowana zbiorowa mogiła, w której spoczęły dziesiątki ofiar.
Niektórzy Polacy próbowali stawiać opór lub uciekać, jednak ucieczka była niemożliwa — wieś otoczono kordonem, a każdego próbującego wyrwać się z rąk oprawców natychmiast zabijano.
Ciężko ranni konali pod ciałami innych i tylko nielicznym udało się przeżyć tę makabrę, udając martwych.
Władysław Soroka, młody mieszkaniec Woli Ostrowieckiej, był prawdopodobnie jedynym, któremu udało się wydostać żywemu z takiego dołu śmierci — został ranny, lecz nocą wyczołgał się spod stosu trupów i uciekł z miejsca egzekucji.
W podobnym czasie UPA zaatakowała również sąsiednie Ostrówki, realizując identyczny scenariusz.
Tam również mieszkańców zwabiono podstępem na zebranie, po czym przystąpiono do selektywnego mordowania grup Polaków. Łącznie zabito tam 474 osoby.
Ogień i granaty
Kiedy niespodziewanie w pobliżu wioski pojawił się niemiecki patrol, UPA przyspieszyła egzekucję, nie chcąc pozostawić świadków masakry.
Kobiety i dzieci zamknięto w szkole, do której wrzucono granaty, a następnie ją podpalono. Świadkowie wspominali, że słychać było przerażający krzyk dochodzący ze szkoły, który stopniowo cichł w płomieniach.
Ci, którym udało się wydostać oknami z płonącej pułapki, byli natychmiast rozstrzeliwani przez obstawę.
Bilans tej zbrodni był tragiczny.
Wola Ostrowiecka praktycznie przestała istnieć, a wraz z nią większość jej mieszkańców. Szacunki historyków mówią o 627 zabitych Polakach.
Wśród zamordowanych znalazło się także kilkoro Żydów ukrywających się we wsi.
Ocalała jedynie garstka mieszkańców — ci, którym udało się ukryć w porę, lub którzy cudem przeżyli pod stosami ciał.
Iwan Kłymczak meldował potem przełożonym w OUN o dokonanej akcji z szokującym wręcz cynizmem.
W lakonicznym sprawozdaniu chwalił się: "29 sierpnia 1943 r. przeprowadziłem akcje we wsiach Wola Ostrowiecka i Ostrówki głowniańskiego rejonu. Zlikwidowałem wszystkich Polaków od małego do starego. Wszystkie budynki spaliłem, mienie i chudobę zabrałem dla potrzeb kurenia."
Warto przeczytać także:
Rzeź wołyńska. Ludobójstwo dokonane na Polakach na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej'
Bibliografia:
K. Dębski, Nic nie jest w porządku. Wołyń — moja rodzinna historia, Warszawa 2016.
E. Gilewicz, L. Popek, Kościoły i kaplice na Wołyniu z obrazami Włodzimierza Sławosza Dębskiego, Warszawa 2023.
A. Kaczmarek, Historia Polski 1914-1989, Warszawa 2014.
G. Motyka, Od rzezi wołyńskiej do akcji "Wisła". Konflikt polsko-ukraiński 1943-1947, Kraków 2011.
E. Siemaszko, Lipiec 1943 roku na Wołyniu, "Biuletyn IPN" 7-8/2018.
T. Stańczyk, Zbrodnia w Kisielinie, "Pamięć.pl". 2012, nr 7, s. 65-66.
M. Zagała, Leon Popek o Wołyniu: Te "doły śmierci" to nasze groby. Mamy do nich prawo, onet.pl, 9 września 2016.
Źródło zdjęć oraz tekstu https://www.onet.pl/informacje/historia ... z,30bc1058
"Zlikwidowałem wszystkich Polaków od małego do starego. Wszystkie budynki spaliłem, mienie i chudobę zabrałem" — raportował ukraiński dowódca po masakrze mieszkańców Woli Ostrowieckiej latem 1943 r.
W dwa dni spokojna wieś przestała istnieć, a ponad pół tysiąca jej mieszkańców — głównie kobiety i dzieci — zostało bestialsko wymordowanych pod pozorem wspólnej walki z Niemcami.
To jedna z najbardziej perfidnych zbrodni całej wołyńskiej rzezi.
Wołyń 1943: fala mordów nie ustaje
Lato 1943 r. na Wołyniu to apogeum planowej eksterminacji ludności polskiej przez ukraińskich nacjonalistów z UPA.
Główna fala ludobójstwa rozpoczęła się w marcu, ale to 11 lipca 1943 r. — w tzw. krwawą niedzielę — UPA przeprowadziła skoordynowany atak na 99 polskich miejscowości, głównie w powiatach horochowskim, włodzimierskim, łuckim i kowelskim.
Tego dnia Polacy byli mordowani podczas mszy świętych, we własnych domach, na drogach i polach — ginęli od ciosów siekierą, bagnetem, od kul, ognia i granatów.
Na tym jednak fala mordów się nie zakończyła. W kolejnych tygodniach i miesiącach z równą bezwzględnością kontynuowano akcje eksterminacyjne, stopniowo obejmujące kolejne rejony Wołynia i Małopolski Wschodniej.
Palono wsie, dokonywano masakr z zaskoczenia, stosowano terror psychologiczny, by wypędzić Polaków z ziem uznanych przez UPA za "ukraińskie".
Jednym z głównych celów była etniczna czystka Wołynia z wszelkiego elementu polskiego.
W dniach 29-30 sierpnia 1943 r. UPA zaatakowała ponad 30 polskich wsi w powiecie lubomelskim.
Była to zaplanowana operacja o charakterze ludobójczym, przeprowadzona przez kureń dowodzony przez Iwana Kłymczaka "Łysego", wspierany przez inne oddziały i lokalną ludność ukraińską.
Największą masakrę urządzono w dwóch sąsiadujących ze sobą wsiach — Ostrówkach i Woli Ostrowieckiej, które zostały doszczętnie zniszczone, a ich polska ludność — w liczbie ponad 1 tys. osób — wymordowana z bezprecedensowym okrucieństwem.
Fałszywa mobilizacja i uśpienie czujności
Wola Ostrowiecka — niewielka osada niedaleko Lubomla — stała się symbolem okrucieństwa i cynizmu oprawców. 30 sierpnia miejscowość została otoczona przez oddział UPA wspierany przez miejscowych Ukraińców.
Dowodził nim Iwan Kłymczak "Łysy".
Oficerowie UPA - dowódcy kureniów: Aleksander Stepczuk, Iwan Klimczak oraz Nikon Semeniuk w służbie niemieckiej w latach 1941-1942
We wczesnych godzinach rannych większość mieszkańców Woli Ostrowieckiej była już na nogach po niespokojnej nocy. Wielu Polaków spędzało noce poza domami, kryjąc się w zaroślach, gdyż bali się napaści — w okolicy od tygodni dochodziło do palenia polskich zagród. Tego dnia do wsi przybyli jednak niespodziewani goście z wiadomością, która miała uspokoić czujność ludności.
Do mieszkańców wsi dotarli bowiem gońcy z informacją, że UPA tworzy polsko-ukraiński oddział do walki z Niemcami.
Wezwano wszystkich do szkoły na rejestrację. Polacy dali się oszukać. Starszym i chorym pomagano dojść.
Kto odmawiał — ginął na miejscu.
Masakra mężczyzn
Po przemówieniu dowódcy UPA mężczyzn zaczęto wywoływać pod pretekstem badań. Mężczyzn wywoływano po kilku — początkowo po 5-10 osób — pod pretekstem wspomnianych badań i rejestracji do formowanego oddziału. Wyprowadzonych Polaków odprowadzano za pobliskie zabudowania, gdzie czekała już grupa oprawców z przygotowanymi narzędziami.
Tam, na wcześniej wykopanym dole, dokonywano egzekucji: ofiarom kazano kłaść się twarzą do ziemi w rowie, po czym mordowano je brutalnie przy użyciu siekier, młotów do uboju bydła, maczug i pałek.
Co ważne, nie używano broni palnej — pojedyncze uderzenia zadawane bronią obuchową nie były słyszalne dla pozostałych, dzięki czemu reszta zgromadzonych Polaków długo nie zdawała sobie sprawy z trwającej rzezi.
Grupy mężczyzn wyprowadzano jedna po drugiej, systematycznie zmniejszając tłum na placu.
Proceder trwał około dwóch godzin.
W tym czasie w stodole należącej do jednego z gospodarzy powstała już improwizowana zbiorowa mogiła, w której spoczęły dziesiątki ofiar.
Niektórzy Polacy próbowali stawiać opór lub uciekać, jednak ucieczka była niemożliwa — wieś otoczono kordonem, a każdego próbującego wyrwać się z rąk oprawców natychmiast zabijano.
Ciężko ranni konali pod ciałami innych i tylko nielicznym udało się przeżyć tę makabrę, udając martwych.
Władysław Soroka, młody mieszkaniec Woli Ostrowieckiej, był prawdopodobnie jedynym, któremu udało się wydostać żywemu z takiego dołu śmierci — został ranny, lecz nocą wyczołgał się spod stosu trupów i uciekł z miejsca egzekucji.
W podobnym czasie UPA zaatakowała również sąsiednie Ostrówki, realizując identyczny scenariusz.
Tam również mieszkańców zwabiono podstępem na zebranie, po czym przystąpiono do selektywnego mordowania grup Polaków. Łącznie zabito tam 474 osoby.
Ogień i granaty
Kiedy niespodziewanie w pobliżu wioski pojawił się niemiecki patrol, UPA przyspieszyła egzekucję, nie chcąc pozostawić świadków masakry.
Kobiety i dzieci zamknięto w szkole, do której wrzucono granaty, a następnie ją podpalono. Świadkowie wspominali, że słychać było przerażający krzyk dochodzący ze szkoły, który stopniowo cichł w płomieniach.
Ci, którym udało się wydostać oknami z płonącej pułapki, byli natychmiast rozstrzeliwani przez obstawę.
Bilans tej zbrodni był tragiczny.
Wola Ostrowiecka praktycznie przestała istnieć, a wraz z nią większość jej mieszkańców. Szacunki historyków mówią o 627 zabitych Polakach.
Wśród zamordowanych znalazło się także kilkoro Żydów ukrywających się we wsi.
Ocalała jedynie garstka mieszkańców — ci, którym udało się ukryć w porę, lub którzy cudem przeżyli pod stosami ciał.
Iwan Kłymczak meldował potem przełożonym w OUN o dokonanej akcji z szokującym wręcz cynizmem.
W lakonicznym sprawozdaniu chwalił się: "29 sierpnia 1943 r. przeprowadziłem akcje we wsiach Wola Ostrowiecka i Ostrówki głowniańskiego rejonu. Zlikwidowałem wszystkich Polaków od małego do starego. Wszystkie budynki spaliłem, mienie i chudobę zabrałem dla potrzeb kurenia."
Warto przeczytać także:
Rzeź wołyńska. Ludobójstwo dokonane na Polakach na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej'
Bibliografia:
K. Dębski, Nic nie jest w porządku. Wołyń — moja rodzinna historia, Warszawa 2016.
E. Gilewicz, L. Popek, Kościoły i kaplice na Wołyniu z obrazami Włodzimierza Sławosza Dębskiego, Warszawa 2023.
A. Kaczmarek, Historia Polski 1914-1989, Warszawa 2014.
G. Motyka, Od rzezi wołyńskiej do akcji "Wisła". Konflikt polsko-ukraiński 1943-1947, Kraków 2011.
E. Siemaszko, Lipiec 1943 roku na Wołyniu, "Biuletyn IPN" 7-8/2018.
T. Stańczyk, Zbrodnia w Kisielinie, "Pamięć.pl". 2012, nr 7, s. 65-66.
M. Zagała, Leon Popek o Wołyniu: Te "doły śmierci" to nasze groby. Mamy do nich prawo, onet.pl, 9 września 2016.
Źródło zdjęć oraz tekstu https://www.onet.pl/informacje/historia ... z,30bc1058
Nie masz wymaganych uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego posta.
Ostatnio zmieniony sob 27 cze 2026, 18:52 przez Ramzan Szimanow, łącznie zmieniany 1 raz.
-
Ramzan Szimanow
- Posty: 2739
- Rejestracja: czw 27 sty 2022, 10:49
- Kontakt:
Kupiczów był wsią położoną na wzgórzu, z dala od głównych dróg.
Lokalizacja oraz umocnienia wzniesione we wsi przez garnizon niemiecko-litewski sprawiały, że Kupiczów był dogodnym miejscem na bazę partyzancką. Zdawał sobie z tego sprawę Inspektorat Rejonowy AK w Kowlu, obawiając się zajęcia wsi przez UPA, co wiązałoby się z zagrożeniem dla położonych 12 kilometrów na południe Zasmyk.
Czesi zamieszkujący Kupiczów starali się zachować neutralność wobec działań OUN-UPA, jednocześnie niosąc pomoc Żydom jak i Polakom eksterminowanym w czasie rzezi wołyńskiej.
W kwietniu 1943 roku odrzucili propozycję banderowców dotyczącą wspierania ich ruchu.
Ukraińcy w następnych miesiącach ponawiali to żądanie. Dając do zrozumienia, że brak współpracy skończy się wymordowaniem mieszkańców. Jedynie obecność załogi niemiecko-litewskiej chroniła Kupiczów przed opanowaniem przez stakiem upa.
Gdy rozeszły się pogłoski o opuszczeniu Kupiczowa przez załogę niemiecko-litewską, Czesi zdecydowali się opowiedzieć po stronie polskiej.
Czeska organizacja konspiracyjna "Aktyw" wysłała 9 listopada 1943 emisariuszy do Zasmyk, którzy uzgodnili zasady współpracy z Polakami. Ustalono m.in., że w Kupiczowie będzie stacjonował polski oddział partyzancki.
11 listopada 1943, wkrótce po opuszczeniu wsi przez Niemców i Litwinów, grupa upowców zaatakowała plebanię w Kupiczowie biorąc 4 zakładników, w tym pastora Jana Jelinka, z żądaniem podporządkowania wsi UPA.
Grożono zamordowaniem 40 Czechów w razie odmowy współpracy.
Jednakże pod naciskiem tłumu mieszkańców, którzy przyszli pod plebanię, upowcy opuścili Kupiczów.
W nocy wokół wsi pojawiły się bojówki ukraińskie, co Czesi odebrali jako przygotowanie do ataku.
Do Zasmyk wysłano emisariusza z prośbą o odsiecz.
O świcie, po nocnym marszu, oddział "Jastrzębia" przybył z Zasmyk do Kupiczowa i wspólnie z czeską samoobroną zaatakował oddziały upowskie.
Po krótkiej walce, w której zginął jeden Ukrainiec, wieś została zabezpieczona przez Armię Krajową.
Ukraińcy znów zaatakowali osadę, lecz ich próba zakończyła się niepowodzeniem.
Przez cały dzień trwały walki o różnej intensywności pomiędzy Ukraińcami a połączonymi siłami Polaków i Czechów.
Banderowcy rzucali w nich do natarcia ukraińskich chłopów uzbrojonych w noże, widły, siekiery i cepy zapewniając sobie przewagę liczebną.
I ten atak ukraiński został wieczorem odparty. Według Władysława i Ewy Siemaszków w boju zginęło 27 Ukraińców, w tym dowódca sotni Pohrebniak (ps. Kurszun lub Korsuń).
Obrońcy mieli trzech rannych.
W kolejnych dniach oddział "Jastrzębia" powrócił do Zasmyk, jednak w Kupiczowie pozostała czterdziestoosobowa placówka Armii Krajowej.
W polskim dowództwie pojawiły się wątpliwości dotyczące utrzymywania pozycji w Kupiczowie, z obawy przed nadmiernym rozproszeniem sił. Pomimo tego mjr Jan Szatyński-Szatowski "Kowal" sprzeciwił się pozostawieniu Czechów ma pastwę banderowskiej czerni.
Józef Turowski pisał że, Szatyński-Szatowski zawarł na piśmie umowę z mieszkańcami Kupiczowa, na mocy której mieli oni wystawić pluton wojska i zapewnić wyżywienie załodze AK w zamian za obronę przed UPA na równi z ludnością polską. Obie strony jej dotrzymały.
Następna bitwa
22 listopada 1943 roku oddziały banderowców przeprowadziły zmasowany atak na Kupiczów, wykorzystując ponad tysiąc ludzi, dwa działka i sowiecki traktor STZ-5 nasadzonym na nim pancernym pudłem wraku czołgu T-26 z działkiem 45 mm w wieży.
Miasteczko było atakowane jednocześnie ze wszystkich stron.
Mieszkańcy gasili pożary wywołane przez wybuchy pocisków artyleryjskich, a sytuacja stawała się krytyczna, gdyż załoga kupiczowska walczyła resztkami sił i amunicji.
Ludność czeska była gotowa bronić się za pomocą narzędzi gospodarskich jak cepy, widły i siekiery a nawet kijów.
Byleby nie dać się pojmać żywcem banderowcom.
Na pomoc oblężonym przybyły z Zasmyk oddział "Jastrzębia" oraz część oddziału AK por. Michała Fijałki "Sokoła", atakując pierścień oblężenia od zewnątrz.
Kontrnatarcie nastąpiło z kilku kierunków, zmuszając Ukraińców do ucieczki.
W ręce Polaków i Czechów dostał się czołg (jego silnik zepsuł się w trakcie ataku na osadę).
Był potem prezentowany w centrum wsi jako zdobycz wojenna.
W czasie bitwy doszło do spalenia niemal całej części Kupiczowa zamieszkanej zwarcie przez Ukraińców (ulicy odchodzącej od centrum w kierunku północno-wschodnim).
Kupiczów został podporządkowany bazie polskiej samoobrony w Zasmykach, przyjmując wielu polskich uchodźców i stając się bazą wypadową dla Armii Krajowej.
We wsi założono szpital partyzancki i wzmocniono siłę polskiej załogi do 100 ludzi. 25 grudnia 1943 doszło do pozorowanego ataku UPA na Kupiczów, w wyniku którego zginął jeden akowiec. (główny atak UPA wyprowadziła na miejscowości Janówka, Stanisławówka i Radomle).
Według Władysława i Ewy Siemaszków ukraińcy ogółem zamordowali w Kupiczowie 2 Polaków, 14 Żydów i 14 Czechów.
26 listopada 1943 r. oddział partyzancki AK por. Władysława Czermińskiego ewakuował do Kupiczowa Czechów z Dażwy, rozpędzając uprzednio bojówki UPA znajdujące się we wsi. Akcja oddziału odbyła się na prośbę ludności czeskiej.
W końcu listopada 1943 r. oddział samoobrony z Kupiczowa wyparł z Nyrów siły UPA, które uznano za zagrożenie dla kupiczowskiego ośrodka. Nyry spalono.
14 kwietnia 1944 Kupiczów został zajęty przez Armię Czerwoną.
Lokalizacja oraz umocnienia wzniesione we wsi przez garnizon niemiecko-litewski sprawiały, że Kupiczów był dogodnym miejscem na bazę partyzancką. Zdawał sobie z tego sprawę Inspektorat Rejonowy AK w Kowlu, obawiając się zajęcia wsi przez UPA, co wiązałoby się z zagrożeniem dla położonych 12 kilometrów na południe Zasmyk.
Czesi zamieszkujący Kupiczów starali się zachować neutralność wobec działań OUN-UPA, jednocześnie niosąc pomoc Żydom jak i Polakom eksterminowanym w czasie rzezi wołyńskiej.
W kwietniu 1943 roku odrzucili propozycję banderowców dotyczącą wspierania ich ruchu.
Ukraińcy w następnych miesiącach ponawiali to żądanie. Dając do zrozumienia, że brak współpracy skończy się wymordowaniem mieszkańców. Jedynie obecność załogi niemiecko-litewskiej chroniła Kupiczów przed opanowaniem przez stakiem upa.
Gdy rozeszły się pogłoski o opuszczeniu Kupiczowa przez załogę niemiecko-litewską, Czesi zdecydowali się opowiedzieć po stronie polskiej.
Czeska organizacja konspiracyjna "Aktyw" wysłała 9 listopada 1943 emisariuszy do Zasmyk, którzy uzgodnili zasady współpracy z Polakami. Ustalono m.in., że w Kupiczowie będzie stacjonował polski oddział partyzancki.
11 listopada 1943, wkrótce po opuszczeniu wsi przez Niemców i Litwinów, grupa upowców zaatakowała plebanię w Kupiczowie biorąc 4 zakładników, w tym pastora Jana Jelinka, z żądaniem podporządkowania wsi UPA.
Grożono zamordowaniem 40 Czechów w razie odmowy współpracy.
Jednakże pod naciskiem tłumu mieszkańców, którzy przyszli pod plebanię, upowcy opuścili Kupiczów.
W nocy wokół wsi pojawiły się bojówki ukraińskie, co Czesi odebrali jako przygotowanie do ataku.
Do Zasmyk wysłano emisariusza z prośbą o odsiecz.
O świcie, po nocnym marszu, oddział "Jastrzębia" przybył z Zasmyk do Kupiczowa i wspólnie z czeską samoobroną zaatakował oddziały upowskie.
Po krótkiej walce, w której zginął jeden Ukrainiec, wieś została zabezpieczona przez Armię Krajową.
Ukraińcy znów zaatakowali osadę, lecz ich próba zakończyła się niepowodzeniem.
Przez cały dzień trwały walki o różnej intensywności pomiędzy Ukraińcami a połączonymi siłami Polaków i Czechów.
Banderowcy rzucali w nich do natarcia ukraińskich chłopów uzbrojonych w noże, widły, siekiery i cepy zapewniając sobie przewagę liczebną.
I ten atak ukraiński został wieczorem odparty. Według Władysława i Ewy Siemaszków w boju zginęło 27 Ukraińców, w tym dowódca sotni Pohrebniak (ps. Kurszun lub Korsuń).
Obrońcy mieli trzech rannych.
W kolejnych dniach oddział "Jastrzębia" powrócił do Zasmyk, jednak w Kupiczowie pozostała czterdziestoosobowa placówka Armii Krajowej.
W polskim dowództwie pojawiły się wątpliwości dotyczące utrzymywania pozycji w Kupiczowie, z obawy przed nadmiernym rozproszeniem sił. Pomimo tego mjr Jan Szatyński-Szatowski "Kowal" sprzeciwił się pozostawieniu Czechów ma pastwę banderowskiej czerni.
Józef Turowski pisał że, Szatyński-Szatowski zawarł na piśmie umowę z mieszkańcami Kupiczowa, na mocy której mieli oni wystawić pluton wojska i zapewnić wyżywienie załodze AK w zamian za obronę przed UPA na równi z ludnością polską. Obie strony jej dotrzymały.
Następna bitwa
22 listopada 1943 roku oddziały banderowców przeprowadziły zmasowany atak na Kupiczów, wykorzystując ponad tysiąc ludzi, dwa działka i sowiecki traktor STZ-5 nasadzonym na nim pancernym pudłem wraku czołgu T-26 z działkiem 45 mm w wieży.
Miasteczko było atakowane jednocześnie ze wszystkich stron.
Mieszkańcy gasili pożary wywołane przez wybuchy pocisków artyleryjskich, a sytuacja stawała się krytyczna, gdyż załoga kupiczowska walczyła resztkami sił i amunicji.
Ludność czeska była gotowa bronić się za pomocą narzędzi gospodarskich jak cepy, widły i siekiery a nawet kijów.
Byleby nie dać się pojmać żywcem banderowcom.
Na pomoc oblężonym przybyły z Zasmyk oddział "Jastrzębia" oraz część oddziału AK por. Michała Fijałki "Sokoła", atakując pierścień oblężenia od zewnątrz.
Kontrnatarcie nastąpiło z kilku kierunków, zmuszając Ukraińców do ucieczki.
W ręce Polaków i Czechów dostał się czołg (jego silnik zepsuł się w trakcie ataku na osadę).
Był potem prezentowany w centrum wsi jako zdobycz wojenna.
W czasie bitwy doszło do spalenia niemal całej części Kupiczowa zamieszkanej zwarcie przez Ukraińców (ulicy odchodzącej od centrum w kierunku północno-wschodnim).
Kupiczów został podporządkowany bazie polskiej samoobrony w Zasmykach, przyjmując wielu polskich uchodźców i stając się bazą wypadową dla Armii Krajowej.
We wsi założono szpital partyzancki i wzmocniono siłę polskiej załogi do 100 ludzi. 25 grudnia 1943 doszło do pozorowanego ataku UPA na Kupiczów, w wyniku którego zginął jeden akowiec. (główny atak UPA wyprowadziła na miejscowości Janówka, Stanisławówka i Radomle).
Według Władysława i Ewy Siemaszków ukraińcy ogółem zamordowali w Kupiczowie 2 Polaków, 14 Żydów i 14 Czechów.
26 listopada 1943 r. oddział partyzancki AK por. Władysława Czermińskiego ewakuował do Kupiczowa Czechów z Dażwy, rozpędzając uprzednio bojówki UPA znajdujące się we wsi. Akcja oddziału odbyła się na prośbę ludności czeskiej.
W końcu listopada 1943 r. oddział samoobrony z Kupiczowa wyparł z Nyrów siły UPA, które uznano za zagrożenie dla kupiczowskiego ośrodka. Nyry spalono.
14 kwietnia 1944 Kupiczów został zajęty przez Armię Czerwoną.
Nie masz wymaganych uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego posta.
-
Ramzan Szimanow
- Posty: 2739
- Rejestracja: czw 27 sty 2022, 10:49
- Kontakt:
Za blogiem Jacek Boki https://kresywekrwi.blogspot.com/
Nie wiem na ile jest wiarygodna ta relacja, ale sam słyszałem podobne pogłoski.
Opowiadane przez starszych ludzi gdy mocny alkohol rozwiązywał języki.
W naszym kręgu kulturowym to temat tabu, więc możliwe że mamy tu do czynienia z wypieranymi faktami.
,,Czy wiedzieliście, że banderowcy uprawiali kanibalizm na swoich, pomordowanych przez siebie ofiarach?
Dostałem szokujący list na ten temat, od pewnej starszej mieszkanki południowej Polski, po uprzednim przesłaniu tej Pani filmu ze starym wykładem, a tak naprawdę opowieścią prof. Wiktora Zina, której kanwą było prawdziwe zdarzenie, jakie miało miejsce w Wigilię Świat Bożego Narodzenia 1942 roku.
Opowieść Prof. Wiktora Zina o banderowskim mordzie w wigilię Bożego narodzenia.
Ukraińscy kuzyni bez żadnej litości, z zimna krwią zamordowali swoich polskich siostrzeńców w wigilijna noc.
To swoista przestroga dla obecnego pokolenia polskich durni, którzy po 24 lutego zapadli na chorobę banderamoku, że obecnie nic podobnego się nie powtórzy i będzie inaczej, niż wtedy.
Nic bardziej mylnego w takim rozumowaniu, bo to typowa droga samo oszustwa.
Historia właśnie kończy zataczać koło i jest tylko kwestia czasu, że ponownie się powtórzy, będąc straszliwym przebudzeniem dla tych, którzy uwierzyli w podawane im przez obecna propagandę kłamstwa. Dokładnej lokalizacji miejsca obecnego zamieszkania i jej nazwiska, z oczywistych względów, nie opublikuje, bo byłoby to równoznaczne ze skazaniem jej osobiście, oraz całej rodziny tej Pani ... na dosłowny medialny lincz, a w niczym też nie przesadzę, gdy stwierdzę, że i na bezpośrednie zagrożenie życia jej samej i jej najbliższych również, ze strony odmóżdżonych, ... polskojęzycznych ...
Opisuje ona w nim historie starszego brata swojego taty, którego rezuny z UPA schwytały w specjalnie zastawionej na niego zasadzce 22 grudnia 1945 roku, i którego następnie po bestialskich torturach rozerwano końmi, a potem poćwiartowano, ugotowano, upieczono i w całości po prostu… zjedzono!
Pewien Ukrainiec, sąsiad jej babci, mieszkający w gospodarstwie znajdującym się nieopodal jej domu, dwa tygodnie później przyniósł 6 stycznia 1946 roku, w Wigilię greckokatolickiego Bożego Narodzenia, zawinięty w gazetę kawałek ciała jej zamordowanego przez upowców syna, który się z niego ostał i rzucając go na stół w jej kuchni, wycedził szyderczo przez zęby, z nie schodzącym mu z twarzy uśmiechem…
,,Masz tu kawałek schabu swojego Janka”. Dlatego podtrzymuje i to z jeszcze większą mocą, swoje wszystkie, wcześniejsze twierdzenia, które głoszę od dziesięciu lat, czyli od samego początku mojej Kresowej działalności, iż wszystkich miejsc kaźni, dziesiątek tysięcy Polaków, spośród setek tysięcy zamordowanych przez banderowców, nie da się już nigdy ustalić, ani też odnaleźć ich szczątków, a tym samym udokumentować ostatecznej, prawdziwej liczby polskich ofiar ukraińskiego ludobójstwa, nie mającej nic wspólnego z obecnie zafałszowaną cyfrą, podawaną do wierzenia polskiemu społeczeństwu przez kłamców i fałszerzy historii ... a tym samym doprowadzić do ich godnego, chrześcijańskiego pochówku, z tego prostego powodu, gdyż najzwyczajniej w świecie, co i tak nadal brzmi porażająco w dosłownym tego słowa znaczeniu, iż bardzo wiele z polskich ofiar OUN – UPA, zostało najzwyczajniej w świecie, skonsumowanych przez swoich banderowskich morderców.
Jak napisała dalej w swoim liście, w bunkrach UPA, okresy zimy, wbrew twierdzeniom współczesnej, banderowskiej propagandy, nie należały do łatwych i często brakowało zapasów żywności, by wykarmić kryjących się w nich tysięcy bojców spod znaku tryzuba, które to braki w aprowizacji w mięso, będącym podstawowym źródłem białka, niezbędnego do przetrwania w tak ekstremalnych, panujących wtedy, warunkach bardzo ostrych zim, nadrabiano odpowiednio przygotowanymi zasobami, z… pomordowanych wcześniej przez upowców ich polskich ofiar!!!
Sama świadomość tego faktu, dosłownie mrozi krew w żyłach i wywołuje u każdego normalnego człowieka po dzień dzisiejszy odruch wymiotny na samo wspomnienie czegoś podobnego, bo brzmi to jak relacja z jakiegoś arcy zwyrodniałego, bo nie mieszczącego się w żadnych cywilizowanych normach horroru, w którym sam szatan i jego demony, grały pierwszoplanowe rolę architektów tego ponurego dramatu i były także autorami tego samego scenariusza dla wszystkich uczestników tego diabelskiego sabatu, do udziału w którym banderowcy zgłosili się samorzutnie, na ochotnika, by odegrać w nim rolę, najgorliwszych ze wszystkich sług Lucyfera.
Zdumiewa zarazem w tym wszystkim, także coś jeszcze, a mianowicie, że znajomość tych porażających faktów, nigdy nie została podjęta przez kogokolwiek w celu ich wyświetlenia, zarówno w czasach tzw. komuny, ani też w żadnej z trzech dekad istnienia ... III RP...
O ironio, pomimo tego, że żyje wciąż wielu świadków tego ukraińskiego zdegenerowania i zwyrodnialstwa tamtego czasu, żywcem wziętego z najmroczniejszych zakątków piekła, którym jest nasza planeta, gdzie zdziczały kanibalizm był normą dnia codziennego i wyznacznikiem całkowicie upadłej na samo dno natury i charakterów ludzkich, plemion i narodów go praktykujących, przez wiele długich wieków, a także ich głównym znakiem rozpoznawczym, podobnym banderowcom potworów, o których czytaliśmy dotąd, jedynie w takich mrocznych powieściach na ten temat, jak np. , Przygody Robinsona Crusoe” Daniela Dafoe; ,,Do ostatniej kości” Camille De Angelis; ,,Historia Kanibalizmu” Constantine Nathan i wielu innym, im podobnym, i jedynie słyszeliśmy o postaciach, równoznacznych banderowskim bestiom w ludzkiej powłoce, osobnikach stosujących te same praktyki wyrafinowanych zbrodni, co oni, jak dyktator Haiti François Duvalier, dyktator Dominikany Rafael Leónidas Trujillo, czy Idi Amin, zwany pieszczotliwie przez swoich poddanych, rzeźnikiem Ugandy, oraz samozwańczy Cesarz Republiki Środkowo Afrykańskiej Jeana-Bédela Bokassy, którzy, tak jak banderowscy ludobójcy czasów drugiej wojny światowej, co widać już całkiem wyraźnie w obecnym czasie, są dzisiaj już bez żadnego zażenowania, udawania, czy zachowania choćby minimum pozorów, otwarcie promowani i kreowani, na wzory moralności i bohaterskich obrońców zasad, wprowadzanych przez globalistycznych władców, rękami takich właśnie, podległych im szumowin, na wcześniejszym etapie ,,mądrości” dziejów, tj. wszystkich wartości zachodniej demokracji staro – nowego ładu, cokolwiek się pod tym bełkotem kryje, które z niezrozumiałych dla nich powodów, zostały na wiele długich dziesięcioleci powstrzymane przez palec Boży, by przedwcześnie nie skaziły Ziemi i nie zniewoliły przed wypełnieniem czasu całej ludzkości, a teraz ponownie wyszły na świat z czeluści mrocznej otchłani, by dopełnić swego dzieła oszustwa, zwiedzenia i zagłady tych, którzy nie uwierzyli prawdzie, ale ponad wszystko ukochali kłamstwo. Więc czego jeszcze nie pojmujesz mój drogi rodaku? "
Nie wiem na ile jest wiarygodna ta relacja, ale sam słyszałem podobne pogłoski.
Opowiadane przez starszych ludzi gdy mocny alkohol rozwiązywał języki.
W naszym kręgu kulturowym to temat tabu, więc możliwe że mamy tu do czynienia z wypieranymi faktami.
,,Czy wiedzieliście, że banderowcy uprawiali kanibalizm na swoich, pomordowanych przez siebie ofiarach?
Dostałem szokujący list na ten temat, od pewnej starszej mieszkanki południowej Polski, po uprzednim przesłaniu tej Pani filmu ze starym wykładem, a tak naprawdę opowieścią prof. Wiktora Zina, której kanwą było prawdziwe zdarzenie, jakie miało miejsce w Wigilię Świat Bożego Narodzenia 1942 roku.
Opowieść Prof. Wiktora Zina o banderowskim mordzie w wigilię Bożego narodzenia.
Ukraińscy kuzyni bez żadnej litości, z zimna krwią zamordowali swoich polskich siostrzeńców w wigilijna noc.
To swoista przestroga dla obecnego pokolenia polskich durni, którzy po 24 lutego zapadli na chorobę banderamoku, że obecnie nic podobnego się nie powtórzy i będzie inaczej, niż wtedy.
Nic bardziej mylnego w takim rozumowaniu, bo to typowa droga samo oszustwa.
Historia właśnie kończy zataczać koło i jest tylko kwestia czasu, że ponownie się powtórzy, będąc straszliwym przebudzeniem dla tych, którzy uwierzyli w podawane im przez obecna propagandę kłamstwa. Dokładnej lokalizacji miejsca obecnego zamieszkania i jej nazwiska, z oczywistych względów, nie opublikuje, bo byłoby to równoznaczne ze skazaniem jej osobiście, oraz całej rodziny tej Pani ... na dosłowny medialny lincz, a w niczym też nie przesadzę, gdy stwierdzę, że i na bezpośrednie zagrożenie życia jej samej i jej najbliższych również, ze strony odmóżdżonych, ... polskojęzycznych ...
Opisuje ona w nim historie starszego brata swojego taty, którego rezuny z UPA schwytały w specjalnie zastawionej na niego zasadzce 22 grudnia 1945 roku, i którego następnie po bestialskich torturach rozerwano końmi, a potem poćwiartowano, ugotowano, upieczono i w całości po prostu… zjedzono!
Pewien Ukrainiec, sąsiad jej babci, mieszkający w gospodarstwie znajdującym się nieopodal jej domu, dwa tygodnie później przyniósł 6 stycznia 1946 roku, w Wigilię greckokatolickiego Bożego Narodzenia, zawinięty w gazetę kawałek ciała jej zamordowanego przez upowców syna, który się z niego ostał i rzucając go na stół w jej kuchni, wycedził szyderczo przez zęby, z nie schodzącym mu z twarzy uśmiechem…
,,Masz tu kawałek schabu swojego Janka”. Dlatego podtrzymuje i to z jeszcze większą mocą, swoje wszystkie, wcześniejsze twierdzenia, które głoszę od dziesięciu lat, czyli od samego początku mojej Kresowej działalności, iż wszystkich miejsc kaźni, dziesiątek tysięcy Polaków, spośród setek tysięcy zamordowanych przez banderowców, nie da się już nigdy ustalić, ani też odnaleźć ich szczątków, a tym samym udokumentować ostatecznej, prawdziwej liczby polskich ofiar ukraińskiego ludobójstwa, nie mającej nic wspólnego z obecnie zafałszowaną cyfrą, podawaną do wierzenia polskiemu społeczeństwu przez kłamców i fałszerzy historii ... a tym samym doprowadzić do ich godnego, chrześcijańskiego pochówku, z tego prostego powodu, gdyż najzwyczajniej w świecie, co i tak nadal brzmi porażająco w dosłownym tego słowa znaczeniu, iż bardzo wiele z polskich ofiar OUN – UPA, zostało najzwyczajniej w świecie, skonsumowanych przez swoich banderowskich morderców.
Jak napisała dalej w swoim liście, w bunkrach UPA, okresy zimy, wbrew twierdzeniom współczesnej, banderowskiej propagandy, nie należały do łatwych i często brakowało zapasów żywności, by wykarmić kryjących się w nich tysięcy bojców spod znaku tryzuba, które to braki w aprowizacji w mięso, będącym podstawowym źródłem białka, niezbędnego do przetrwania w tak ekstremalnych, panujących wtedy, warunkach bardzo ostrych zim, nadrabiano odpowiednio przygotowanymi zasobami, z… pomordowanych wcześniej przez upowców ich polskich ofiar!!!
Sama świadomość tego faktu, dosłownie mrozi krew w żyłach i wywołuje u każdego normalnego człowieka po dzień dzisiejszy odruch wymiotny na samo wspomnienie czegoś podobnego, bo brzmi to jak relacja z jakiegoś arcy zwyrodniałego, bo nie mieszczącego się w żadnych cywilizowanych normach horroru, w którym sam szatan i jego demony, grały pierwszoplanowe rolę architektów tego ponurego dramatu i były także autorami tego samego scenariusza dla wszystkich uczestników tego diabelskiego sabatu, do udziału w którym banderowcy zgłosili się samorzutnie, na ochotnika, by odegrać w nim rolę, najgorliwszych ze wszystkich sług Lucyfera.
Zdumiewa zarazem w tym wszystkim, także coś jeszcze, a mianowicie, że znajomość tych porażających faktów, nigdy nie została podjęta przez kogokolwiek w celu ich wyświetlenia, zarówno w czasach tzw. komuny, ani też w żadnej z trzech dekad istnienia ... III RP...
O ironio, pomimo tego, że żyje wciąż wielu świadków tego ukraińskiego zdegenerowania i zwyrodnialstwa tamtego czasu, żywcem wziętego z najmroczniejszych zakątków piekła, którym jest nasza planeta, gdzie zdziczały kanibalizm był normą dnia codziennego i wyznacznikiem całkowicie upadłej na samo dno natury i charakterów ludzkich, plemion i narodów go praktykujących, przez wiele długich wieków, a także ich głównym znakiem rozpoznawczym, podobnym banderowcom potworów, o których czytaliśmy dotąd, jedynie w takich mrocznych powieściach na ten temat, jak np. , Przygody Robinsona Crusoe” Daniela Dafoe; ,,Do ostatniej kości” Camille De Angelis; ,,Historia Kanibalizmu” Constantine Nathan i wielu innym, im podobnym, i jedynie słyszeliśmy o postaciach, równoznacznych banderowskim bestiom w ludzkiej powłoce, osobnikach stosujących te same praktyki wyrafinowanych zbrodni, co oni, jak dyktator Haiti François Duvalier, dyktator Dominikany Rafael Leónidas Trujillo, czy Idi Amin, zwany pieszczotliwie przez swoich poddanych, rzeźnikiem Ugandy, oraz samozwańczy Cesarz Republiki Środkowo Afrykańskiej Jeana-Bédela Bokassy, którzy, tak jak banderowscy ludobójcy czasów drugiej wojny światowej, co widać już całkiem wyraźnie w obecnym czasie, są dzisiaj już bez żadnego zażenowania, udawania, czy zachowania choćby minimum pozorów, otwarcie promowani i kreowani, na wzory moralności i bohaterskich obrońców zasad, wprowadzanych przez globalistycznych władców, rękami takich właśnie, podległych im szumowin, na wcześniejszym etapie ,,mądrości” dziejów, tj. wszystkich wartości zachodniej demokracji staro – nowego ładu, cokolwiek się pod tym bełkotem kryje, które z niezrozumiałych dla nich powodów, zostały na wiele długich dziesięcioleci powstrzymane przez palec Boży, by przedwcześnie nie skaziły Ziemi i nie zniewoliły przed wypełnieniem czasu całej ludzkości, a teraz ponownie wyszły na świat z czeluści mrocznej otchłani, by dopełnić swego dzieła oszustwa, zwiedzenia i zagłady tych, którzy nie uwierzyli prawdzie, ale ponad wszystko ukochali kłamstwo. Więc czego jeszcze nie pojmujesz mój drogi rodaku? "
-
Ramzan Szimanow
- Posty: 2739
- Rejestracja: czw 27 sty 2022, 10:49
- Kontakt:
Za https://www.facebook.com/share/p/17MSB418Hc/
Tak ukraińskie ludobójstwo na Wołyniu wspomina Henryk Kloc, były mieszkaniec wsi Wola Ostrowiecka (powiat lubomelski, woj. wołyńskie), która została zaatakowana przez UPA 30 sierpnia 1943 r.
,[...] Podniosłem głowę i ujrzałem leżącą i krwawiąca matkę.
Jeszcze żyła.
Jeszcze raz przytuliłem się do matki.
Była przytomna, ofiarowała mnie Bogu i Najświętszej Marii Pannie, bo tylko cud boski mógł mnie wyprowadzić z tych piekielnych czeluści.
Mama nie mogła się poruszać, granat rozszarpał jej stopy, krwawiła, spłonęła żywcem. […]
Leżałem w ogrodzie szkolnym pełnym trupów i rannych.
Ciężko ranni błagali oprawców, by ich dobili. Ukraińcy z ogromną pasją pastwili się nad rannymi, kiedy na to patrzyłem chciałem wstać i krzyczeć.
Strach przykuł mnie do ziemi, bałem się już nie śmierci, lecz tych męczarni, jakie oni rannym zadawali.
Byłem cały umazany krwią cudzą i własną. Trzykrotnie przewracali mnie i kopali, ale nie zorientowali się, że jeszcze żyję.
Obok mnie leżała kobieta – Maria Jesionek, matka trojga dzieci, dwóch synów, jeden ośmio-, drugi pięcioletni i niemowlę ośmiomiesięczne. Ona też wyskoczyła z płonącego budynku wraz z dziećmi tuż przede mną.
Morderca ugodził ją kulą, leżała martwa na swym uduszonym niemowlęciu.
Jej ośmioletni syn został też zastrzelony, ten zaś pięcioletni siedział tuż przy martwej matce, szarpał ją i wołał „Mamo wstawaj, chodźmy do domu” – płakał.
Podbiegł do niego Ukrainiec, przyłożył lufę karabinu do głowy i strzelił.
Dzieciak przewrócił się na plecy matki, a przywarłszy do jej pleców swoje plecy, wyciągnął ręce do góry jak w modlitwie.
Był to dla mnie koszmar, który tkwi we mnie po dzień dzisiejszy.
Dochodziły mnie też inne głosy z różnych stron wioski.
To towarzysząca ukraińskiej powstańczej armii tłuszcza wdarła się do opustoszałych domów i zabudowań, rabowała wszystko, co tylko było w obejściu, a kiedy już wszystko zagrabili podpalili domy i zabudowania.
Leżałem nieruchomo we krwi.
Z płonącego budynku buchał okropny żar, czułem, że moje nogi są płonącymi głowniami. Czułem, że muszę odczołgać się dalej od buchającego żaru.
Poruszyłem się.
Padł strzał i poczułem dotkliwy ból w okolicach kręgów lędźwiowych.
Pomyślałem, że to już koniec. Dla zlokalizowania źródła bólu lekko się poruszyłem, okazało się ani krzyż, ani brzuch nie były uszkodzone.
A więc żyję! Mój Boże!
Leżałem, nadal udawałem martwego, czekałem. Z wolna cichły głosy „zwycięskich żołnierzy” UPA.
Słońce chyliło się ku zachodowi.
Podniosłem głowę.
Nikogo nie było w pobliżu.
Tylko ja – żywy pośród zmarłych.
Dźwignąłem się, z trudem stanąłem na oparzonych stopach.
Zdjąłem przesiąkniętą krwią koszulę, podarłem ją na onuce i zawinąłem nimi obolałe stopy.
Ze zgrozą obejrzałem leżące tam zmasakrowane trupy.
Tuż na styku palącego się budynku i ogródka rozpoznałem głowę mojej starszej siostry Antoniny, jej tułów został spalony na węgiel. Niczego już nie czułem, prócz bólu stóp i ogromnego pragnienia.
Powlokłem się do pobliskiej studni z żurawiem, chciałem zaczerpnąć wody.
O zgrozo. Studnia była pełna trupów. >> "
Tak ukraińskie ludobójstwo na Wołyniu wspomina Henryk Kloc, były mieszkaniec wsi Wola Ostrowiecka (powiat lubomelski, woj. wołyńskie), która została zaatakowana przez UPA 30 sierpnia 1943 r.
,[...] Podniosłem głowę i ujrzałem leżącą i krwawiąca matkę.
Jeszcze żyła.
Jeszcze raz przytuliłem się do matki.
Była przytomna, ofiarowała mnie Bogu i Najświętszej Marii Pannie, bo tylko cud boski mógł mnie wyprowadzić z tych piekielnych czeluści.
Mama nie mogła się poruszać, granat rozszarpał jej stopy, krwawiła, spłonęła żywcem. […]
Leżałem w ogrodzie szkolnym pełnym trupów i rannych.
Ciężko ranni błagali oprawców, by ich dobili. Ukraińcy z ogromną pasją pastwili się nad rannymi, kiedy na to patrzyłem chciałem wstać i krzyczeć.
Strach przykuł mnie do ziemi, bałem się już nie śmierci, lecz tych męczarni, jakie oni rannym zadawali.
Byłem cały umazany krwią cudzą i własną. Trzykrotnie przewracali mnie i kopali, ale nie zorientowali się, że jeszcze żyję.
Obok mnie leżała kobieta – Maria Jesionek, matka trojga dzieci, dwóch synów, jeden ośmio-, drugi pięcioletni i niemowlę ośmiomiesięczne. Ona też wyskoczyła z płonącego budynku wraz z dziećmi tuż przede mną.
Morderca ugodził ją kulą, leżała martwa na swym uduszonym niemowlęciu.
Jej ośmioletni syn został też zastrzelony, ten zaś pięcioletni siedział tuż przy martwej matce, szarpał ją i wołał „Mamo wstawaj, chodźmy do domu” – płakał.
Podbiegł do niego Ukrainiec, przyłożył lufę karabinu do głowy i strzelił.
Dzieciak przewrócił się na plecy matki, a przywarłszy do jej pleców swoje plecy, wyciągnął ręce do góry jak w modlitwie.
Był to dla mnie koszmar, który tkwi we mnie po dzień dzisiejszy.
Dochodziły mnie też inne głosy z różnych stron wioski.
To towarzysząca ukraińskiej powstańczej armii tłuszcza wdarła się do opustoszałych domów i zabudowań, rabowała wszystko, co tylko było w obejściu, a kiedy już wszystko zagrabili podpalili domy i zabudowania.
Leżałem nieruchomo we krwi.
Z płonącego budynku buchał okropny żar, czułem, że moje nogi są płonącymi głowniami. Czułem, że muszę odczołgać się dalej od buchającego żaru.
Poruszyłem się.
Padł strzał i poczułem dotkliwy ból w okolicach kręgów lędźwiowych.
Pomyślałem, że to już koniec. Dla zlokalizowania źródła bólu lekko się poruszyłem, okazało się ani krzyż, ani brzuch nie były uszkodzone.
A więc żyję! Mój Boże!
Leżałem, nadal udawałem martwego, czekałem. Z wolna cichły głosy „zwycięskich żołnierzy” UPA.
Słońce chyliło się ku zachodowi.
Podniosłem głowę.
Nikogo nie było w pobliżu.
Tylko ja – żywy pośród zmarłych.
Dźwignąłem się, z trudem stanąłem na oparzonych stopach.
Zdjąłem przesiąkniętą krwią koszulę, podarłem ją na onuce i zawinąłem nimi obolałe stopy.
Ze zgrozą obejrzałem leżące tam zmasakrowane trupy.
Tuż na styku palącego się budynku i ogródka rozpoznałem głowę mojej starszej siostry Antoniny, jej tułów został spalony na węgiel. Niczego już nie czułem, prócz bólu stóp i ogromnego pragnienia.
Powlokłem się do pobliskiej studni z żurawiem, chciałem zaczerpnąć wody.
O zgrozo. Studnia była pełna trupów. >> "
-
Ramzan Szimanow
- Posty: 2739
- Rejestracja: czw 27 sty 2022, 10:49
- Kontakt:
Za https://www.facebook.com/share/p/1GvtS9LsSB/
,,UWAGA BARDZO DŁUGO
82 lata temu...
Nie może to być inaczej jedenastego lipca.
Nikt i nic mnie nie zmusi, by było inaczej.
W tym roku cykl o Wołyniu będzie liczyć 10 części i każdy jest rozbudowany. Dzisiejszy tekst jest znacznie wydłużony i jest [18+].
GENOCIDUM ATROX
Na frontach ważyły się koleje wojny latem 1943 roku. Na wschodzie ogniem zabłysnął Łuk Kurski, gdy potężny Wehrmacht jeszcze raz próbował odwrócić fatum i zatrzymać nieubłagany walec Armii Czerwonej.
Na zachodzie - na Sycylii, gdzie włoscy żołnierze rozpaczliwie usiłowali powstrzymać lądujących Anglosasów.
Ta tragedia rozegrała się między nimi.
W nocy. Upalna, niedzielna, lipcowa noc z rozgwieżdżonym niebem i kołyszącymi się złotymi łanami zbóż, przerwana przez potwory.
Myśleliście, że potwory istnieją tylko w bajkach. Że porywają księżniczki i zamykają je w zamku, by w końcu pojawili się rycerze w lśniących zbrojach, na białych koniach, z błyszczącymi mieczami, by zgładzić potwory i ocalić swe wybranki.
Ale tak jest tylko w bajkach.
Te potwory istniały naprawdę.
Miały karabiny i pistolety, widły i siekiery, noże i pałki.
Na mazepynkach lśniły im tryzuby.
Krzyczały: "Wyriżemo wsich lachiw, do odnoho, od małoho do staroho"...
Mordowały i paliły w imię swojej obłąkanej idei ''samostijnej Ukrainy''.
A rycerze nie przybyli z odsieczą.
W nocy z 10 na 11 lipca 1943 roku Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów - OUN-B - kierowana formalnie rzez Stepana Banderę (formalnie, gdyż siedział on w tym czasie w KL Sachsenhausen; zastępował go Mykoła Łebed) i Ukraińska Powstańcza Armia - UPA - kierowana przez Romana Szuchewycza - rozpoczęły zorganizowany mord na polskiej ludności na Wołyniu.
Wspierały ją Samooboronni Kuszczowi Widdiły, czyli ukraińska samoobrona wiejska, oraz Służba Bezpeky OUN - elitarny kontrwywiad, słynący z niesłychanej brutalności i fanatyzmu, kierowany przez Mykołę Arsenycza.
Akcja trwała do nocy 11 lipca, ludobójstwo objęło 99 polskich miejscowości, do następnego dnia było to 167 wsi i kolonii. 28-31 sierpnia 1943 r. drugi etap akcji objął 85 dalszych miejscowości.
Reżyserami zbrodni byli przywódcy OUN-B i UPA. UPA została solidnie ''wzmocniona'' dezerterami ukraińskimi z niemieckich formacji policyjnych Schutzmannschaft, która nastąpiła w marcu i kwietniu 1943 r.
UPA zyskała wówczas 4-5 tysięcy ludzi (z ogólnej liczby 11 tysięcy policjantów). Dezerterzy zabijali niemieckich przełożonych i wypuszczali ukraińskich aresztantów, a potem uciekali z bronią do lasu.
Ci stali się trzonem UPA, zwłaszcza, że mieli uzbrojenie, pewne przeszkolenie wojskowe i ''doświadczenie'' - znali się na mordowaniu Żydów i grabieży ludności cywilnej, czym głównie zajmowali się jako policjanci.
Nie mieli oporów przed mordowaniem bezbronnych.
Nienawiść podsycała propaganda UPA, która zamierzała okrutną polityką faktów dokonanych wypędzić wszystkie mniejszości z Wołynia, na których miała powstać ''samostijna Ukraina'' - oraz duchowieństwo prawosławne i grekokatolickie.
Ci ostatni nadali rzezi wymiar sakralny.
Nawet święcili narzędzia mordów i nawoływali do ''oczyszczenia ziemi ukraińskiej z polskiego kąkola'', która miała być odtąd ''czysta jak szklanka''.
Upiorny wierszyk zdobywał popularność: ''Lachiw wyriżem/Żydiw wydusym/A Ukrajinu stworyty musym''…
Nieprzypadkowo wybrano akurat Wołyń. Polaków na Wołyniu było najmniej ze wszystkich ''ukraińskich'' terenów II RP - stanowili tam w 1939 roku w sumie 16,8 %, a Ukraińcy - 69 %.
Ponadto był to rejon z mniejszą świadomością narodową: chłopski, niewykształcony.
To pozwalało łatwo manipulować banderowskim agitatorom ludnością cywilną i pod płaszczykiem walki o ''samostijną Ukrainę'' zachęcać do zbrodni i grabieży.
Dla reżyserów zbrodni ważne było nadanie zbrodni charakteru "chłopskiego buntu", przekonania, że to nie zaplanowana odgórnie czystka, brutalne ludobójstwo, lecz "nowa koliszczyzna", spontaniczne powstanie ukraińskiego chłopstwa.
Dlatego stosowali wiele rozmaitych posunięć, by zachęcić ukraińskich chłopów.
Tocząca się wojna i okupacja - które spowodowały znaczne zubożenie ludności - dodatkowo zachęciły ukraińskie chłopstwo.
Do podpalania strzech wydawano im zapałki, skrupulatnie wyliczane przez UPA.
OUN obiecała rozdanie ziemi i mienia pomordowanych Polaków na drodze tzw. ''reformy rolnej''.
Buty, pościel, naczynia, zwierzęta gospodarskie - były wówczas warte więcej niż jakiekolwiek pieniądze.
A jeśli ktoś czuł opory, to UPA i OUN straszyły śmiercią.
Za pomaganie Lachom - okrutna śmierć dla sprawcy i całej jego rodziny.
Taka sama kara, jak dla "polskich okupantów". Sotnie UPA chodząc od wsi do wsi wygarniały ukraińskich mężczyzn i prowadziły "mobilizację", każąc im zabrać narzędzia i ruszyć na polskie wsie.
Gdy ktoś uciekał, bądź odmawiał - był zabijany przez banderowców przykładnie przed całą wsią.
Przemowy, obietnice bogactwa, morze alkoholu - najczęściej wystarczały...
Pierwotnie planowano eksterminację wyłącznie mężczyzn od 16. do 60. roku życia.
Plany eksterminacji części Polaków OUN snuła już od wiosny 1941 roku, ale pod wpływem niemieckiego ludobójstwa na Żydach, plan zmieniono.
Uznano, że możliwe jest wymordowanie wszystkich Polaków.
Bezpośrednim odpowiedzialnym był Dmytro Klaczkiwski ps. ''Kłym Sawur'' dowódca UPA-Północ, operującej na Wołyniu (w jej skład wchodziły m.in. Okręgi Wojskowe ''Zahrawa'' i ''Turiw'').
Wspierali go Wasyl Iwachiw ps. ''Sonar'', szef sztabu głównego UPA; Iwan Łytwynczuk ps. ''Dubowyj'', dowódca Okręgu Wojskowego UPA ''Zahrawa'' (wielokrotnie chełpił się popełnionymi przez siebie mordami i on rozpoczął rzeź); Petro Olijnyk ps. ''Enej'', dowódca OW ''Bohun'' (znany ze swojego okrucieństwa; osobiście odrąbywał głowy ofiarom) i Jurij Stelmaszczuk ps. ''Rudyj'', dowódca OW ''Turiw''.
To właśnie ci osobnicy samowolnie podjęli decyzję o wymordowaniu wszystkich Polaków na Wołyniu.
Należy podkreślić, że pierwotnie na III konferencji OUN-B zdecydowano jedynie o eliminacji wybranych Polaków.
Ale ich metody działania zostały zaakceptowane przez Romana Szuchewycza w sierpniu 1943 roku.
Żaden nie dożył swojego państwa: Iwachiw zginął w maju 1943 roku podczas walki z Niemcami, Klaczkiwski zginął w walce z NKWD w lutym 1945 roku (zadenuncjowany przez przez Stelmaszczuka), Łytwynczuka KGB dopadło w 1952 roku, Olijnyk padł w 1946 roku, a Stelmaszczuka skazano na śmierć w Kijowie w listopadzie 1945 roku.
Sam Stepan Bandera nigdy nie potępił tych działań, chociaż doskonale o nich wiedział.
Nie było przypadkiem, że do rzezi Wołynia doszło właśnie latem 1943 roku.
UPA do tego czasu starała się nie przeprowadzać otwartej akcji przeciwko Polakom.
Ukraińscy nacjonaliści jednak bardzo pilnie śledzili wydarzenia na arenie międzynarodowej. W kwietniu 1943 roku doszło do odkrycia masowych grobów polskich oficerów w Katyniu, zamordowanych przez NKWD.
Prasa OUN z satysfakcją odnotowała, że rząd polski - dotąd uważany przez nią za dość wpływowy na arenie międzynarodowej - pozostał osamotniony.
OUN zwróciła uwagę, że Alianci nie tylko nie poparli polskiego rządu, ale aktywnie wsparli ZSRR i zataili sprawę Katynia.
Banderowcy uznali, że jest to najlepszy moment na oderwanie Kresów od Polski, a jeśli na Wołyniu i w Galicji dojdzie do rzezi ludności polskiej, to świat pominie to milczeniem. Sprzyjała temu założeniu także śmierć premiera i Naczelnego Wodza, gen. Władysława Sikorskiego 4 lipca 1943 r., która przyspieszyła decyzję o rzezi.
I mieli stuprocentową rację.
''Dobrzy'' Alianci nigdy nie zająknęli się słowem o rzezi Wołynia.
Rzeź Wołynia i Małopolski Wschodniej była de facto następstwem sprawy katyńskiej.
* * *
Schemat wszędzie był podobny.
Bandy UPA okrążały wieś kordonem, by uniemożliwić ucieczkę mieszkańcom, a następnie wkraczały do niej, gdzie gromadziły ludność w jednym miejscu i dokonywały masakry.
Najpierw szli (lub jechali konno) uzbrojeni w broń palną upowcy, którzy mieli tłumić opór broniących się mężczyzn.
Za nimi postępowała czerń - ukraińskie chłopstwo, uzbrojone w widły, siekiery, piły i kosy.
Potem następowała rzeź.
Ta trwała od drugiej w nocy do późnego popołudnia.
Ten kogo zastrzelono, ten miał szczęście.
Jednak rzadko kiedy siepacze UPA mieli litości i amunicji na tyle, by skrócić cierpienia swoich ofiar kulą.
W większości wypadków ofiary zamęczono na śmierć.
Używali do tego głównie narzędzi: młotków, pił, siekier, wideł, motyk, kijów...
Chyba każdy już zna długą listę upowskich sposobów uśmiercania.
Obcinanie piersi sierpem, nabijanie na sztachety, wypruwanie wnętrzności, przepiłowywanie żywcem, rozrywanie końmi, przybijanie do drzwi, wyłupywanie oczu, ucinanie języka...
Kobiety gwałcono, rozpruwano im brzuchy, obcinano piersi.
Dzieci wrzucano do studni, albo rozbijano im głowy o futryny.
Wyjątkowo upiorne było obwiązywanie ich słomą i podpalanie.
Nie było żadnej świętości - napadano na Polaków, chroniących się w kościołach i klasztorach, liczących, że krzyże i sacrum powstrzymają oprawców.
Potem ukraińskie chłopstwo zaczynało plądrować wsie, kradnąc dobytek ofiar, a następnie podpalano zabudowania.
Niszczono wszystko, włącznie z przydrożnymi kapliczkami, krzyżami, cmentarzami.
By na Wołyniu nie pozostał po polskości żaden ślad. By unicestwić Polskę na tych ziemiach na zawsze.
Ukraińcy sporządzali listy proskrypcyjne Polaków i sprawdzano, czy liczba zamordowanych zgadza się z listami. Nieobecnych poszukiwano i namawiano do powrotu do wsi.
Obiecywano bezpieczeństwo.
Nierzadko banderowcy czekali całymi dniami w domach zamordowanych Polaków na powrót pozostałych członków rodziny.
Wszystko po to, by Polacy całkowicie zniknęli z Wołynia i nie wrócili nań w przyszłości.
To nie żadni ''banderowcy'', nie żadni ''nacjonaliści''.
To sąsiedzi.
Mieszkający w tych samych, lub okolicznych wsiach.
Znający swoich sąsiadów, mówiący po polsku. Uspokajający ich za dnia, że żadnej rzezi w ich wsi nie będzie.
Że ostrzegą. Że pomogą. Że ukryją.
Wołyń wyglądał jak istne piekło w tych upalnych dniach.
Noc jaśniała łunami pożarów na horyzoncie i niosła krzyki mordowanych bestialsko ludzi. Dzień spowijały kłęby gryzącego dymu i smród rozkładającego się w upale ludzkiego mięsa.
Z cerkwi i wsi ukraińskich niosły się ponure słowa pieśni ukraińskich i chrzęst ostrzonych kos, noży i siekier.
Na polach i pogorzeliskach pełno było tłustych czarnych much, oblepiających zmaltretowane, zakrwawione zwłoki.
Dzikie zwierzęta rozwlekały po polach części ciał.
Po drogach i polach snuli się niczym złe cienie banderowcy w rozchełstanych mundurach.
Byli czarni od sadzy, prochu i zakrzepłej krwi ofiar.
Polowali na ludzi, którym udało się zbiec z wiosek.
Nieprzypadkowo wybitna badaczka rzezi Wołynia, Ewa Siemaszko, ukuła termin ''genocidum atrox''.
Ludobójstwo okrutne.
Ani mowa, ani ukraiński strój nie ratowały. Jedynym ratunkiem było odmawianie pacierza po ukraińsku, bez zająknięcia.
Ludzie uciekali nocami, czołgając się przez pola i bagna. Żywiąc się korzeniami i pijąc wodę z rowów i bagien.
Mordowano wszystkich - starców, kobiety, dzieci. Polaków, Żydów, Ormian, Czechów wołyńskich.
Nawet tych bohaterskich Ukraińców, którzy przedkładali sumienie i uczucia ludzkie, nakazujące chronić bezbronnych, nad obłąkane ''idee'' Dmytro Doncowa, twórcę ukraińskiego nacjonalizmu.
Ci ocalili 2527 osób ryzykując własne życia.
Byli nawet szlachetni upowcy, którzy jedynie udawali, że zabijają i pozwalali uciec Polakom. ''Przychodzi nocą, wali do drzwi, ksiądz otwiera. »Przyszedłem Cię zabić, taki mam rozkaz«. »No cóż, synu, jeśli Ci jestem winny, to strzelaj« – ofiara i napastnik popatrzyli sobie w oczy. Napastnik odszedł''.
Tak opisywał Adam Adamow banderowca z Kuropatnik, którego szlachetność pokonała obłęd ''samostijnej Ukrajiny''.
Ów nieznany partyzant zapłacił za to życiem.
Wołyńsko-galicyjskie bestialstwo ukraińskich nacjonalistów usiłowało rozerwać po narodowych szwach nawet mieszane małżeństwa. Najczęściej jednak - bezskutecznie.
Jakby z przysięgi małżeńskiej, ''póki śmierć nas nie rozłączy'' - woleli uciec, bądź zginąć razem, niż zamordować jedno drugie...
Dodam od siebie, że mniej radykalne skrzydło OUN - Melnykowcy - potępiali banderowskie okrucieństwo.
Jeden z liderów OUN-M, Ołeh Sztul-Żdanowicz pisał:
''Polaków cała Ukraina - szczególnie zachodnia - uważa za wrogów. (...) Ale z polskim narodem jedna nas wspólny wróg. A polska mniejszość na Ukrainie była gotowa być w swej masie lojalna... Nie brakowało z polskiej strony prowokacji i przestępstw. Ale na to trzeba było odpowiedzieć sądem i karą dla winnych. A to, co się na tym odcinku działo w 1943 roku nie daje się wtłoczyć w żadne ramy. Cała akcja postawiła całą mniejszość polską przeciwko nam''. Nieprzypadkowo więc partyzanci OUN-M byli rozbrajani, a nierzadko i rozstrzeliwani przez UPA.
Taki los spotkał 1, kureń partyzancki OUN-M kapitana Mykoły Nedzweckiego "Chrina", który został otoczony przez UPA i rozbrojony.
O tej okrutnej nienawiści do Polaków, niemającej sobie równych, niech świadczy przypadek porucznika Zygmunta Rumla, komendanta okręgu wołyńskiego Batalionów Chłopskich i poety, nazywanego niekiedy ''Kresowym Baczyńskim''.
''Proszę chronić tego chłopca. To będzie wielki poeta'', powiedział o nim jego matce Leopold Staff przed wojną. Na początku lipca 1943 roku Rumel otrzymał polecenie od Kazimierza Banacha, pełnomocnika rządu, by podjąć rozmowę z UPA.
Rumel, w geście dobrej woli, przybył na rozmowy 10 lipca 1943 roku bez obstawy i broni, w towarzystwie przedstawiciela Okręgu Wołyńskiego AK, Krzysztofa Markiewicza i woźnicy Witolda Dobrowolskiego.
Mordercy z UPA, dowodzeni przez kolegę ze szkolnej ławy Markiewicza, Teodora Szabaturę, ''w geście dobrej woli'' ich zamordowali.
Rumla rozerwali końmi.
Miał 28 lat.
Mniej, niż ja obecnie.
''Był to jeden z diamentów, którym strzelano do wroga. Diament ten mógł zabłysnąć pierwszorzędnym blaskiem'', pisał o nim Jarosław Iwaszkiewicz.
* * *
Mordy nie zaczęły się jednak w lipcu 1943 roku, miały bowiem miejsce znacznie wcześniej - za początek rzezi Wołynia uznaje się napad sotni UPA Hryhorija Perehijniaka na kolonię Parośle Pierwsze w lutym 1943 r., gdzie wymordowano 173 Polaków.
Opisywałem Wam to już. Witold Kołodyński tak wspominał ten mord: ''Dowódca powiedział nam: »Musicie się położyć, my was powiążemy, żeby Niemcy was nie skrzywdzili za przetrzymywanie i karmienie partyzantów«. Rozkazał położyć się twarzą do podłogi i nastąpiło bestialskie mordowanie, rąbaniem naszych głów siekierami”.
W marcu 1943 r. sotnia Jurija Stelmaszczuka wymordowała 179 Polaków we wsi Lipniki. Wśród ocalałych z tego mordu był m.in. generał Mirosław Hermaszewski, ocalony jako dziecko przez matkę.
Generał stracił w rzezi 19 krewnych.
W kwietniu 1943 roku sotnia Iwana Łytwynczuka zamordowała 600 Polaków w Janowe Dolinie.
To również Wam opisywałem.
Fakt, że do pacyfikacji tych wsi kierowano samych dowódców okręgów wojskowych UPA, pokazuje, jak wielką uwagę do nich przykładano. Do lipca 1943 roku bandy UPA spaliły 56 wsi polskich.
Ale lipiec był najstraszniejszy.
We wsi Sądowa z 600 mieszkańców ocalało tylko 20, w kolonii Zagaje - z 350 ocalało tylko kilkanaście osób, w kolonii Orzeszyn z 340 Polaków przeżyły 34.
Z 2500 polskich wsi na Wołyniu unicestwiono na zawsze 1500.
W kościele w Porycku 16 lipca bandyci wtargnęli w trakcie Mszy Świętej i wymordowali 100 przebywających tam Polaków, a potem wycięli w pień całą wioskę (222 osoby).
Chodzili między ławami i dokładnie strzelali, by nikt nie przeżył. ''Jak usłyszałam, że mordercy chodzą po kościele i mówią: »O toj jeszcze żywyj«, to szybko złapałam jakąś czapkę umoczoną w ciepłej, lepkiej krwi i potarłam nią twarz sobie i siostrze, udawałyśmy zabitych'', wspominała Jadwiga Krajewska.
''Mieliśmy wówczas ciężki karabin maszynowy (rosyjski) i dwa moździerze małego kalibru. Nocą przygotowaliśmy się, a następnego dnia cały oddział, w tym i ja, napadliśmy (…) na polski kościół, w którym trwało wówczas nabożeństwo, a uczestniczyło w nim do 200-stu osób, [w tym] starych i małoletnich dzieci. Kościół został okrążony i zaczęła się likwidacja ludzi, otworzyliśmy ogień z cekaemu w głąb głównego wejścia i okien, w wyniku czego zabito wielu obywateli i dzieci, a tych, którzy próbowali uciekać, doganiali i dobijali'', wspominał jeden z morderców UPA, Iwan Hryń.
Po zakończeniu mordu, upowcy sprofanowali świątynię, rabując m.in. wino mszalne, po czym wnieśli pocisk artyleryjski i go zdetonowali. Uszkodzony kościół podpalili. Wydarzenie to upamiętnił Wojciech Smarzowski w swoim filmie ''Wołyń''.
Do końca lipca napadnięto 530 polskich miejscowości, w których zginęło co najmniej 20 tysięcy Polaków.
Jedna z uciekinierek opisywała te wydarzenia: "Wokół trupy i potencjalne ofiary. Od każdego Polaka śmierdzi teraz trupem. Chodzą żywe trupy"...
* * *
Myliłby się ten, kto sądził, że odpowiedzialni byli za to jedynie umundurowani bandyci z UPA. Brali w tym udział nie tylko chłopi, ale także kobiety ukraińskie.
Strasznym przykładem jest historia księdza Ludwika Wrodarczyka, proboszcza parafii w Okopach.
Gdy bandy UPA podchodziły pod wieś, parafianie prosili księdza, by ten uciekł i chronił siebie. Ksiądz nie chciał opuścić kościoła i pozostał, by chronić Najświętszy Sakrament.
Gdy banda wkroczyła do wsi, porwała księdza sprzed kościoła, uprzednio mordując 18-letnią dziewczynę i 90-letnią staruszkę, które próbowały chronić kapłana.
Księdza potem wywieziono do lasu.
Bandyci dźgali go bagnetami oraz igłami, przypiekali żelazem.
Jednak ksiądz nadal żył. Wściekli upowcy jeszcze bardziej znęcali się nad swoją ofiarą. Wiedząc, że umrze, ksiądz Wrodarczyk poprosił, by pozwolili mu się pomodlić. Łaskawie zezwolili.
Kapłan długo się modlił o przebaczenie dla własnych oprawców.
Wreszcie wstał: ''Jestem gotów'', powiedział. Wtedy ukraińskie baby rzuciły się na księdza i, przywiązawszy go do kłody, zaczęły przecinać go żywcem piłą do drewna.
Przecięty do połowy ksiądz, potwornie okrwawiony i zmaltretowany, żył jeszcze, więc Ukraińcy zaczęli do niego strzelać.
Dopiero wtedy ksiądz zmarł. Miał 36 lat.
Równie wstrząsającą historią jest zamordowanie 27-letniej Felicji Doleckiej ze Swojczowa.
Tej pomoc zaoferowali ukraińscy policjanci, uspokajając, że nic jej nie grozi.
Zabrali ją na swój posterunek w Gnojnie.
Przez całą dobę biedną dziewczynę gwałcili wszyscy ukraińscy policjanci z posterunku.
Na koniec zmaltretowaną wbito na pal i pozwolono jej długo umierać.
Jedna z najstraszniejszych historii, o jakiej czytałem, to przerażająca nocna ''zabawa'' Ukraińców (niestety nie doszukałem się, gdzie to się wydarzyło).
Oto na rozległej polanie Ukraińcy - ludność cywilna i upowcy - urządzili sobie zabawę.
Ktoś grał na akordeonie, Ukrainki śpiewały pieśni narodowe i tańczyły.
Wódka lała się strumieniami.
A dosłownie kilkadziesiąt metrów dalej w wielkim dole rozpalono wielkie ognisko, gdzie piekli się żywcem Polacy, przywiezieni z sąsiedniej wsi.
Upowcy wiązali ich z sianem i wrzucali niczym jakieś okropne kłody drewna do ognia. Ich straszliwe krzyki dochodziły do bawiących się, ale nie przerywało to zabawy.
Inna sytuacja: w jednej ze wsi przywiązano do drzewa młode polskie małżeństwo. Zgromadzona wokół ukraińska tłuszcza krzyczała i pluła na nich, a banderowiec z wielkim nożem pytał wesoło tłum, którą część ciała któremu z nieszczęśników ma odciąć. Barbarzyńska ''zabawa'' skończyła się, gdy z małżeństwa zostały tylko dwie pokrwawione kupki mięsa.
Jeszcze inna: pewien Ukrainiec zdekapitował całą rodzinę swoich polskich krewnych, a następnie posadził ciała przy stole.
Głowy umieścił na stojących przed nimi talerzach.
Jakikolwiek najgorszy amerykański seryjny morderca przy opisach Wołynia wygląda jak niegroźny chuligan.
* * *
''Obok mnie leżała kobieta, Maria Jesionek. (…) Ona też wyskoczyła z płonącego budynku wraz z dziećmi, tuż przede mną. Morderca ugodził ją kulą, leżała martwa na swym uduszonym niemowlęciu. Jej ośmioletni syn został też zastrzelony, ten zaś pięcioletni siedział tuż przy martwej matce, szarpał ją i wołał: – »Mamo wstawaj, chodźmy do domu«. Płakał.
Podbiegł do niego Ukrainiec, przyłożył lufę karabinu do głowy i strzelił.'', wspominał Henryk Kloc.
"Gdy banderowcy podpalili dom, przyszli i znaleźli ojca i tych czterech braci, widziałam jak ojciec ukląkł na kolana i zaczął prosić o darowanie życia.
Ale dwóch banderowców podeszło i widłami jeden z jednej strony a drugi z drugiej wbili widły w jego boki i zaciągnęli ojca i wrzucili do ognia. Następnie wrócili po resztę dzieci i również wzięli za ręce lub za nogi i żywcem wrzucili do ognia."
''W pierwszym zabudowaniu znaleźliśmy wstrząsający widok. Wbitego na ostry słup przy furtce kilkuletniego chłopca.
Na parkanie był napis: »Litak Sikorskoho« [Samolot Sikorskiego].
Przed progiem domu leżały trupy mężczyzn i dwóch kobiet okrutnie porąbanych siekierą'', wspominał Jerzy Krasowski.
''Dziadek leżał na podłodze na prawo od drzwi. Właściwie nie było widać głowy, była jakby wbita siekierą w ciało, w płuca. Ściany były zbryzgane krwią, na podłodze rozmazana była krwawa maź.
Gdy chwyciłem ciało dziadka, fragment jego mózgu wyleciał na moją pierś.
Babcia leżała obok dziadka porąbana wzdłuż ciała siekierą'', wspominał Zygmunt Maguza z kolonii Witoldów, który w rzezi wołyńskiej stracił 40 krewnych. Czterdziestu.
''W jednej z wiosek w pobliżu Derażnego po pogromie znaleziono w chacie małe dziecko z wyprutymi wnętrznościami.
Jelita były rozpięte na ścianie w jakiś nieregularny sposób, a na jednym z gwoździ wisiała kartka z napisem: »Polska od morza do morza«'', wspominał Wincenty Romanowski.
''W okresie służby w Służbie Bezpieczeństwa UPA osobiście zabiłem 15 osób.
Pamiętam, w lipcu 1943 nasz oddział przybył do byłej posiadłości hrabiego Koszewskiego, gdzie mieszkało około 100 Polaków, których zlikwidowaliśmy bezlitośnie przy użyciu broni palnej i białej.
Zlikwidowaliśmy całe rodziny, nie oszczędzając starców, kobiet i dzieci.
Dzieci płakały, kobiety – matki prosiły aby pozostawić ich dzieci przy życiu. Ale nie zwracaliśmy na te prośby uwagi i zabijali je używając do tego broni i noży.
Osobiście zastrzeliłem z karabinu w tej rozprawie 8 ludzi...'', na procesie mówił członek SB OUN, Arsenij Bożewskij.
''Maleńkie dzieci nieraz nie rozumiały śmierci i tkwiły przy zwłokach matki, płacząc i dopominając się o jej reakcję. W osadzie Chrynów (pow. Włodzimierz) półtoraroczne dziecko Jana i Marzanny Blicharzów z odrąbaną ręką pełzało po martwej matce, wołając »mamo«, zaś siedmiomiesięczne dziecko Wacława i Jadwigi Demków z Jadwigina (pow. Łuck) ssało pierś martwej matki''.
''Tata mówił do banderowca: – Panowie, co złego wam zrobiliśmy, czego od nas chcecie?
Banderowiec uderzył ojca kolbą i obrzucił wyzwiskami. Chwilę później usłyszałam przeraźliwy bełkot naszego sąsiada – niemego. Ożenił się i miał normalne, ładne dzieci. Bili ich pałami, słyszałam głośne uderzenia.
Chyba czymś kłuli, bo ofiary krzyczały przeraźliwie.
Za chwilę zaczęli bić Irkę i Paulinkę.
Coś im robili okrutnego, bo rozległ się pisk okrutny. Ojca zaczęli mordować chwilę później. Słyszałam jego głuchy krzyk, jęki, rzężenie i odgłosy uderzeń pośród pokrzykiwań i śmiechu. Zatkałam uszy. Po chwili spojrzałam przez szparę w płocie, zauważyłam kogoś leżącego, zakrwawionego. To na pewno był mężczyzna. Może ojciec? Szeptałam bez przerwy:
– Boże ocal, zakryj przed ich wzrokiem. Matko Boska ratuj!
Krzyki ucichły. Słychać było tylko głosy Ukraińców – rozmawiali, śmiali się, kopali na podwórzu dół dla pomordowanych'', wspominała Alfreda Magdziak.
''Myśmy się wtedy nie bali śmierci. Baliśmy się mordu, sposobu, w jaki umrzemy.
Rodzice się przygotowali. Mama miała małą siekierę; pamiętam, z żółtym trzonkiem.
Ojciec – pistolet z dwiema kulami.
Zaplanowali, że gdy przyjdą mordercy, tata nas zastrzeli. Mama i ja dostaniemy prawo do godnej śmierci. Nie wiem, jak ojciec sobie wyobrażał własną. Nie wszyscy mieli broń i taką możliwość, jak my'', wspominała Maria Berny.
''Najpierw o ściany domów porozbijali głowy chłopczyków. Później przystąpiono do zarzynania żony Trybulskiego. By nie krzyczała, przewiązano jej usta drutem kolczastym'', wspominał Mirosław Łoziński.
''Kilku banderowców podbiegło do mojej mamy i jeden z nich uderzył ją w głowę siekierą.
Mama upadła i wypuściła z rąk brata Tadzia, a ja z przerażenia krzyczałam. Mama czołgając się, przygarnęła do siebie płaczącego i zakrwawionego Tadzia, dała mu pierś. Po niedługiej chwili ponownie podbiegli banderowcy do mojej mamy i podcięli jej gardło. Jeszcze żyła, kiedy zdarli z niej szaty i poodcinali jej piersi. Mama i Tadzio bardzo się męczyli. Mama z bólu powyrywała sobie długie włosy z głowy, była strasznie zmieniona, bałam się jej. Pobiegłam do tatusia i widziałam, jak bardzo go bili. Widziałam, jak naszej sąsiadce, Wasylkowskiej, odrąbywali na pieńku głowę. Mój krzyk był tak przerażający, że jeden z banderowców podbiegł do mnie i z rozmachem wbił mi nóż troszeczkę poniżej gardła, a ja dalej krzyczałam i ze strachu nie mogłam się ruszyć z miejsca.
Banderowcy krzyczeli po imieniu do ojca, a ojciec też po imieniu błagał Iwana, bo ciągle przychodził do naszego tatusia jako przyjaciel'', wspominała Irena Gajowczyk.
* * *
Rzeź trwała i później - w sierpniu, gdzie wyrachowani upowcy dali Polakom czas na dokończenie żniw, a potem ich wymordowali - rzeź rozpoczęła się (także w niedzielę) 29 sierpnia 1943 roku, kiedy zaatakowano 64 miejscowości.
W całym sierpniu wymordowano i spalono 301 wsi polskich. W dwóch tylko wsiach - Wola Ostrowiecka i Ostrówka - samego 30 sierpnia banda Iwana Kłymczaka ''Łysego'' zamordowała w sumie 1066 Polaków, z czego 466 dzieci w wieku do 14 lat.
Historia rzezi wsi Ostrówki mrozi krew w żyłach. 30 sierpnia bandyci UPA weszli do wsi i zaczęli zgarniać mężczyzn i chłopców.
Tych prowadzili do wykopanych dołów, gdzie rozłupywali im głowy pałkami i siekierami. Miejscowemu księdzu obcięto głowę.
Starcy, kobiety i dzieci, zamknięte w miejscowym kościele, zaczęli śpiewać pieśni religijne, modlić się żarliwie, wybaczać sobie wzajemne kłótnie i nieporozumienia... Banderowcy zamierzali spalić ich żywcem, ale na miejscu przypadkiem pojawił się niemiecki patrol, który z miejsca zaczął ostrzeliwać bandziorów.
Niemcy nie mogli jednak pokonać liczniejszych napastników i wycofali się.
Wówczas banderowcy wyciągnęli z kościoła trzysta osób i poprowadzili pod las Kokorawiec. Po drodze mordowali tych, którzy nie mogli, lub nie chcieli iść. ''Ułożyli nas rzędem. Twarzami do ziemi. Mama, ciocia, babcia i inni krewni.
Ja leżałem obok mamy.
Przytuliła mnie mocno.
Potem usłyszałem wystrzały. Nagle huk rozległ się tuż obok mnie. Mama drgnęła konwulsyjnie, poczułem krótki, mocny uścisk jej dłoni, a potem nagle jej ciało zwiotczało. Poczułem, że coś lepkiego spływa mi po twarzy'', wspominał Aleksander Pradun, który wówczas miał 13 lat.
Gdy Ukraińcy skończyli mordować Polaków, odeszli, śmiejąc się, że ''tam leżą zabite polskie mordy''. Potem zaczęli plądrowanie wsi. Nawoływali po obejściach po polsku, by wywabić ukrywających się, po czym ich mordowali. ''Ukrainiec strzelił do dziecka. Lat może trzy–cztery. Pocisk zerwał mu czaszkę i to dziecko wstało, a następnie, płacząc, biegało to w jedną, to w drugą stronę, z otwartym, pulsującym mózgiem'', wspominał jeden z ocalałych. Po trzech dniach, gdy ciała już rozkładały się w upale, banderowcy spędzili okolicznych Ukraińców i kazali im pochować zamordowanych w zbiorowej mogile. Jeszcze przez wiele lat nazywano to miejsce ''Trupim polem''. W bliźniaczy sposób i tego samego dnia wymordowano mieszkańców wsi Wola Ostrowiecka, gdzie kobiety i dzieci spalono w kościele.
Po wymordowaniu wsi banderowcy urządzili sobie libację w lesie, obficie zapijaną samogonem. Dumny z siebie Kłymczak raportował: ''Zlikwidowałem wszystkich Polaków od małego do starego. Wszystkie budynki spaliłem, a mienie i bydło zabrałem dla potrzeb kurenia.''
Rzeź na Wołyniu, a także w Galicji wznowiono następnie w grudniu 1943 roku w okresie Bożego Narodzenia i trwała ona do lutego-marca 1944 roku, kiedy bandziorów przepłoszyła Armia Czerwona, tym samym, raczej przypadkowo, ratując Polaków.
Oszalałe bandy ukraińskich zbirów mordowały już całkiem samowolnie, wbrew rozkazom prowydnyków, jesienią 1944 roku i zimą 1944-1945. Mordy i pacyfikacje wsi miały miejsce nawet wiosną i latem 1945 roku.
Upowskie bestialstwo przerwały dopiero wysiedlenia Polaków z Kresów i zdecydowane akcje NKWD już po wojnie, które spacyfikowały banderowskich morderców.
Do mordów dochodziło także na Podkarpaciu i Lubelszczyźnie.
W całej rzezi wołyńskiej zginęło około 60-80 tysięcy osób.
W rzezi w Małopolsce Wschodniej w latach 1943-45 - od 30 do 70 tysięcy. Ta druga rzeź była już lepiej przygotowana i obliczona na wypędzenie Polaków - w odróżnieniu od Wołynia, gdzie Polaków po prostu chciano unicestwić.
Rozrzucano ulotki, szerzono plotki, stosowano odezwy do Polaków, by ci wyjeżdżali i zostawili majątek - inaczej niechybnie zginą.
W efekcie, poza pomordowanymi, setki tysięcy ludzi uciekło na tereny Polski po lewej stronie Bugu, do dużych miast jak Lwów, bądź zgłaszało się na ochotnika do wyjazdu na roboty do Niemiec, a po wojnie - uciekało do Polski pod sowiecką presją.
Byleby uciec od horroru. Doprowadziło to do całkowitej depolonizacji tych ziem.
Ten jeden, jedyny raz UPA i NKWD, mimo ogromnej wrogości do siebie, zjednoczył wspólny cel.
Przerażające w historii Rzezi Wołynia jest jeszcze jedno. W lipcu i sierpniu 1943 roku, a szczególnie wiosną 1944 roku, było już po klęsce Niemców pod Stalingradem i w Afryce, po klęsce na Łuku Kurskim i Sycylii. Oczywistym było, że „samostijna Ukraina” nie powstanie wskutek II Wojny Światowej.
Wiadomo było, że Armia Czerwona niebawem dotrze na Wołyń i do Galicji, i tereny te dostaną się w ręce ZSRR. UPA de facto pomogła znienawidzonym bolszewikom.
* * *
Jedna z najstraszniejszych scen, jakie zapamiętałem z filmu ''Wołyń'' to nie sceny mordowania, czy okrucieństwa.
To scena, gdy jeden z upowców podaje Zosi parę butów. Ładne, damskie buty. Używane. ''Weź'', zachęca dobrotliwie.
Domyślać się można, co stało się z ich poprzednią właścicielką...
Gdy kiedyś, w lipcu, na planie filmowym miałem wcielić się w banderowca, wytrzymałem dwa dni na planie.
Trzeciego nie wytrzymałem. Było upalne lato na Kielecczyźnie, zboże było do pasa, technicy rozpylali sztuczny dym, a my ujęcie za ujęciem powtarzaliśmy mordowanie Polaków wychodzących z kościoła. Poczucie immersji było zbyt silne.
Tak siedzę sobie co roku nad tym tekstem (pierwsza jego wersja powstała w chyba 2017 roku) i zawsze mnie nachodzi smutek, jak zapomnianym tematem jest Wołyń.
Tak naprawdę pierwszy i jedyny raz głośniej o tych wydarzeniach zrobiło się dopiero w 70. rocznicę mordu - w 2013 roku.
Zaraz potem był Majdan, Krym, zielone ludziki. I ''mądrzejsze o tem było nie wspominać''. Bo tak naprawdę żadne władze RP nie chciały nigdy omawiać tego tematu. Zawsze ważniejsze były ''dobre stosunki'' i udawanie, że czczenie Bandery, Szuchewycza i innych to nieważne drobiazgi. Nie było ogólnopolskich akcji wpinania kwiatów lnu. Pomników i ulic nazwanych ku pamięci ofiar jest jak na lekarstwo.
Nie stosowano terminu ''ludobójstwo''. Stawiano na piedestał cierpienie innej mniejszości etnicznej, mordowanej w Polsce.
I, co najgorsze: zamordowani Polacy do dzisiaj nie mają swoich grobów. Leżą tak, jak zginęli w upiornym lipcu 1943 roku.
W 80. rocznicę Ludobójstwa nie doczekaliśmy się ani przeprosin, ani ekshumacji, ani pomników.
Doczekaliśmy się krzyża z patyków postawionego w szczerym polu.
Pozostawię to bez komentarza.
Ocalałym nawet ucieczka nie przyniosła ulgi. Wielu nie miało ani dokąd pójść, ani dokąd wracać. Wielu z nich jedyne, co ocaliło ze swojego życia, to najwyżej ubranie na sobie. Ciągle musieli się przemieszczać, żyli w bezustannym strachu. I co najgorsze dla nich - musieli milczeć.
Powojenna komunistyczna Polska niechętnie patrzyła na upamiętnianie ludobójstwa na Kresach - ziemiach należących przecież do ''bratniego Związku Radzieckiego''.
Wielu ocalałych nie wytrzymało ze stresu, zmarli przedwcześnie. Pozostali musieli nauczyć się żyć samemu z ogromnymi traumami upiornego lata '43.
Bez niczyjej pomocy. Pozostawieni sami sobie.
Ale to, co napawa mnie nadzieją, to fakt, że Wołyń to prawdziwie oddolnie upamiętniana tragedia. Że jednoczy ludzi o różnych poglądach, statusie społecznym, wyznaniu. Że tak naprawdę w Polsce nie ma ludzi rozumnych, którzy próbowaliby to ludobójstwo jakoś wytłumaczyć. I dlatego - pamięć o strasznym lipcu 1943 roku przetrwa.
„Nie o zemstę, lecz o pamięć wołają ofiary”...
Pamięć, którą jesteśmy winni tym ludziom. Naszym rodakom. Mężczyznom, kobietom, dzieciom, starcom. Bestialsko zamordowanym przez zwyrodnialców, przez pomyłkę nazywanych ''ludźmi''.
Zamordowanym tylko i wyłącznie za to, że byli Polakami i katolikami.
Na zakończenie wypada jedynie zacytować słowa ocalałej z rzezi Zofii Szwal z 2018 roku:
''Jeśli dzisiaj Ukrainiec prosi mnie o przebaczenie i mówi, że sam też mi wybacza, to ja się zastanawiam: »Ale co? Co ty mi przebaczasz?« Ja mu mam przebaczyć, że wymordowano mi szesnaście osób z najbliższej rodziny, a on mi ma przebaczyć to, że przeżyłam? Kiedy jeździłam na Wołyń mówiłam Ukraińcom, że gdyby ktoś przyszedł i powiedział: »zamordowałem«, i zapłakał, to ja zapłakałabym razem z nim, zapłakałabym, że ciąży na nim taka straszna zbrodnia. I to jest właśnie droga do pojednania.''
Zapamiętajcie ten wpis. Pamiętajcie o nim i nieście go w świat. Jeśli chcecie, możecie mnie jakoś wesprzeć finansowo, choćby symbolicznie, bo czuję, że zaczyna mi brakować pary i motywacji przy opisywaniu tych zbrodni. To jedno, o co Was proszę. Szczególnie dziś.
W rocznicę jednego z największych bestialstw polskiej historii.
Bo „jeśli ci umilkną, kamienie wołać będą”...
Koloryzacja: Kolor na froncie
#Wołyń #Wołyń1943"
,,UWAGA BARDZO DŁUGO
82 lata temu...
Nie może to być inaczej jedenastego lipca.
Nikt i nic mnie nie zmusi, by było inaczej.
W tym roku cykl o Wołyniu będzie liczyć 10 części i każdy jest rozbudowany. Dzisiejszy tekst jest znacznie wydłużony i jest [18+].
GENOCIDUM ATROX
Na frontach ważyły się koleje wojny latem 1943 roku. Na wschodzie ogniem zabłysnął Łuk Kurski, gdy potężny Wehrmacht jeszcze raz próbował odwrócić fatum i zatrzymać nieubłagany walec Armii Czerwonej.
Na zachodzie - na Sycylii, gdzie włoscy żołnierze rozpaczliwie usiłowali powstrzymać lądujących Anglosasów.
Ta tragedia rozegrała się między nimi.
W nocy. Upalna, niedzielna, lipcowa noc z rozgwieżdżonym niebem i kołyszącymi się złotymi łanami zbóż, przerwana przez potwory.
Myśleliście, że potwory istnieją tylko w bajkach. Że porywają księżniczki i zamykają je w zamku, by w końcu pojawili się rycerze w lśniących zbrojach, na białych koniach, z błyszczącymi mieczami, by zgładzić potwory i ocalić swe wybranki.
Ale tak jest tylko w bajkach.
Te potwory istniały naprawdę.
Miały karabiny i pistolety, widły i siekiery, noże i pałki.
Na mazepynkach lśniły im tryzuby.
Krzyczały: "Wyriżemo wsich lachiw, do odnoho, od małoho do staroho"...
Mordowały i paliły w imię swojej obłąkanej idei ''samostijnej Ukrainy''.
A rycerze nie przybyli z odsieczą.
W nocy z 10 na 11 lipca 1943 roku Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów - OUN-B - kierowana formalnie rzez Stepana Banderę (formalnie, gdyż siedział on w tym czasie w KL Sachsenhausen; zastępował go Mykoła Łebed) i Ukraińska Powstańcza Armia - UPA - kierowana przez Romana Szuchewycza - rozpoczęły zorganizowany mord na polskiej ludności na Wołyniu.
Wspierały ją Samooboronni Kuszczowi Widdiły, czyli ukraińska samoobrona wiejska, oraz Służba Bezpeky OUN - elitarny kontrwywiad, słynący z niesłychanej brutalności i fanatyzmu, kierowany przez Mykołę Arsenycza.
Akcja trwała do nocy 11 lipca, ludobójstwo objęło 99 polskich miejscowości, do następnego dnia było to 167 wsi i kolonii. 28-31 sierpnia 1943 r. drugi etap akcji objął 85 dalszych miejscowości.
Reżyserami zbrodni byli przywódcy OUN-B i UPA. UPA została solidnie ''wzmocniona'' dezerterami ukraińskimi z niemieckich formacji policyjnych Schutzmannschaft, która nastąpiła w marcu i kwietniu 1943 r.
UPA zyskała wówczas 4-5 tysięcy ludzi (z ogólnej liczby 11 tysięcy policjantów). Dezerterzy zabijali niemieckich przełożonych i wypuszczali ukraińskich aresztantów, a potem uciekali z bronią do lasu.
Ci stali się trzonem UPA, zwłaszcza, że mieli uzbrojenie, pewne przeszkolenie wojskowe i ''doświadczenie'' - znali się na mordowaniu Żydów i grabieży ludności cywilnej, czym głównie zajmowali się jako policjanci.
Nie mieli oporów przed mordowaniem bezbronnych.
Nienawiść podsycała propaganda UPA, która zamierzała okrutną polityką faktów dokonanych wypędzić wszystkie mniejszości z Wołynia, na których miała powstać ''samostijna Ukraina'' - oraz duchowieństwo prawosławne i grekokatolickie.
Ci ostatni nadali rzezi wymiar sakralny.
Nawet święcili narzędzia mordów i nawoływali do ''oczyszczenia ziemi ukraińskiej z polskiego kąkola'', która miała być odtąd ''czysta jak szklanka''.
Upiorny wierszyk zdobywał popularność: ''Lachiw wyriżem/Żydiw wydusym/A Ukrajinu stworyty musym''…
Nieprzypadkowo wybrano akurat Wołyń. Polaków na Wołyniu było najmniej ze wszystkich ''ukraińskich'' terenów II RP - stanowili tam w 1939 roku w sumie 16,8 %, a Ukraińcy - 69 %.
Ponadto był to rejon z mniejszą świadomością narodową: chłopski, niewykształcony.
To pozwalało łatwo manipulować banderowskim agitatorom ludnością cywilną i pod płaszczykiem walki o ''samostijną Ukrainę'' zachęcać do zbrodni i grabieży.
Dla reżyserów zbrodni ważne było nadanie zbrodni charakteru "chłopskiego buntu", przekonania, że to nie zaplanowana odgórnie czystka, brutalne ludobójstwo, lecz "nowa koliszczyzna", spontaniczne powstanie ukraińskiego chłopstwa.
Dlatego stosowali wiele rozmaitych posunięć, by zachęcić ukraińskich chłopów.
Tocząca się wojna i okupacja - które spowodowały znaczne zubożenie ludności - dodatkowo zachęciły ukraińskie chłopstwo.
Do podpalania strzech wydawano im zapałki, skrupulatnie wyliczane przez UPA.
OUN obiecała rozdanie ziemi i mienia pomordowanych Polaków na drodze tzw. ''reformy rolnej''.
Buty, pościel, naczynia, zwierzęta gospodarskie - były wówczas warte więcej niż jakiekolwiek pieniądze.
A jeśli ktoś czuł opory, to UPA i OUN straszyły śmiercią.
Za pomaganie Lachom - okrutna śmierć dla sprawcy i całej jego rodziny.
Taka sama kara, jak dla "polskich okupantów". Sotnie UPA chodząc od wsi do wsi wygarniały ukraińskich mężczyzn i prowadziły "mobilizację", każąc im zabrać narzędzia i ruszyć na polskie wsie.
Gdy ktoś uciekał, bądź odmawiał - był zabijany przez banderowców przykładnie przed całą wsią.
Przemowy, obietnice bogactwa, morze alkoholu - najczęściej wystarczały...
Pierwotnie planowano eksterminację wyłącznie mężczyzn od 16. do 60. roku życia.
Plany eksterminacji części Polaków OUN snuła już od wiosny 1941 roku, ale pod wpływem niemieckiego ludobójstwa na Żydach, plan zmieniono.
Uznano, że możliwe jest wymordowanie wszystkich Polaków.
Bezpośrednim odpowiedzialnym był Dmytro Klaczkiwski ps. ''Kłym Sawur'' dowódca UPA-Północ, operującej na Wołyniu (w jej skład wchodziły m.in. Okręgi Wojskowe ''Zahrawa'' i ''Turiw'').
Wspierali go Wasyl Iwachiw ps. ''Sonar'', szef sztabu głównego UPA; Iwan Łytwynczuk ps. ''Dubowyj'', dowódca Okręgu Wojskowego UPA ''Zahrawa'' (wielokrotnie chełpił się popełnionymi przez siebie mordami i on rozpoczął rzeź); Petro Olijnyk ps. ''Enej'', dowódca OW ''Bohun'' (znany ze swojego okrucieństwa; osobiście odrąbywał głowy ofiarom) i Jurij Stelmaszczuk ps. ''Rudyj'', dowódca OW ''Turiw''.
To właśnie ci osobnicy samowolnie podjęli decyzję o wymordowaniu wszystkich Polaków na Wołyniu.
Należy podkreślić, że pierwotnie na III konferencji OUN-B zdecydowano jedynie o eliminacji wybranych Polaków.
Ale ich metody działania zostały zaakceptowane przez Romana Szuchewycza w sierpniu 1943 roku.
Żaden nie dożył swojego państwa: Iwachiw zginął w maju 1943 roku podczas walki z Niemcami, Klaczkiwski zginął w walce z NKWD w lutym 1945 roku (zadenuncjowany przez przez Stelmaszczuka), Łytwynczuka KGB dopadło w 1952 roku, Olijnyk padł w 1946 roku, a Stelmaszczuka skazano na śmierć w Kijowie w listopadzie 1945 roku.
Sam Stepan Bandera nigdy nie potępił tych działań, chociaż doskonale o nich wiedział.
Nie było przypadkiem, że do rzezi Wołynia doszło właśnie latem 1943 roku.
UPA do tego czasu starała się nie przeprowadzać otwartej akcji przeciwko Polakom.
Ukraińscy nacjonaliści jednak bardzo pilnie śledzili wydarzenia na arenie międzynarodowej. W kwietniu 1943 roku doszło do odkrycia masowych grobów polskich oficerów w Katyniu, zamordowanych przez NKWD.
Prasa OUN z satysfakcją odnotowała, że rząd polski - dotąd uważany przez nią za dość wpływowy na arenie międzynarodowej - pozostał osamotniony.
OUN zwróciła uwagę, że Alianci nie tylko nie poparli polskiego rządu, ale aktywnie wsparli ZSRR i zataili sprawę Katynia.
Banderowcy uznali, że jest to najlepszy moment na oderwanie Kresów od Polski, a jeśli na Wołyniu i w Galicji dojdzie do rzezi ludności polskiej, to świat pominie to milczeniem. Sprzyjała temu założeniu także śmierć premiera i Naczelnego Wodza, gen. Władysława Sikorskiego 4 lipca 1943 r., która przyspieszyła decyzję o rzezi.
I mieli stuprocentową rację.
''Dobrzy'' Alianci nigdy nie zająknęli się słowem o rzezi Wołynia.
Rzeź Wołynia i Małopolski Wschodniej była de facto następstwem sprawy katyńskiej.
* * *
Schemat wszędzie był podobny.
Bandy UPA okrążały wieś kordonem, by uniemożliwić ucieczkę mieszkańcom, a następnie wkraczały do niej, gdzie gromadziły ludność w jednym miejscu i dokonywały masakry.
Najpierw szli (lub jechali konno) uzbrojeni w broń palną upowcy, którzy mieli tłumić opór broniących się mężczyzn.
Za nimi postępowała czerń - ukraińskie chłopstwo, uzbrojone w widły, siekiery, piły i kosy.
Potem następowała rzeź.
Ta trwała od drugiej w nocy do późnego popołudnia.
Ten kogo zastrzelono, ten miał szczęście.
Jednak rzadko kiedy siepacze UPA mieli litości i amunicji na tyle, by skrócić cierpienia swoich ofiar kulą.
W większości wypadków ofiary zamęczono na śmierć.
Używali do tego głównie narzędzi: młotków, pił, siekier, wideł, motyk, kijów...
Chyba każdy już zna długą listę upowskich sposobów uśmiercania.
Obcinanie piersi sierpem, nabijanie na sztachety, wypruwanie wnętrzności, przepiłowywanie żywcem, rozrywanie końmi, przybijanie do drzwi, wyłupywanie oczu, ucinanie języka...
Kobiety gwałcono, rozpruwano im brzuchy, obcinano piersi.
Dzieci wrzucano do studni, albo rozbijano im głowy o futryny.
Wyjątkowo upiorne było obwiązywanie ich słomą i podpalanie.
Nie było żadnej świętości - napadano na Polaków, chroniących się w kościołach i klasztorach, liczących, że krzyże i sacrum powstrzymają oprawców.
Potem ukraińskie chłopstwo zaczynało plądrować wsie, kradnąc dobytek ofiar, a następnie podpalano zabudowania.
Niszczono wszystko, włącznie z przydrożnymi kapliczkami, krzyżami, cmentarzami.
By na Wołyniu nie pozostał po polskości żaden ślad. By unicestwić Polskę na tych ziemiach na zawsze.
Ukraińcy sporządzali listy proskrypcyjne Polaków i sprawdzano, czy liczba zamordowanych zgadza się z listami. Nieobecnych poszukiwano i namawiano do powrotu do wsi.
Obiecywano bezpieczeństwo.
Nierzadko banderowcy czekali całymi dniami w domach zamordowanych Polaków na powrót pozostałych członków rodziny.
Wszystko po to, by Polacy całkowicie zniknęli z Wołynia i nie wrócili nań w przyszłości.
To nie żadni ''banderowcy'', nie żadni ''nacjonaliści''.
To sąsiedzi.
Mieszkający w tych samych, lub okolicznych wsiach.
Znający swoich sąsiadów, mówiący po polsku. Uspokajający ich za dnia, że żadnej rzezi w ich wsi nie będzie.
Że ostrzegą. Że pomogą. Że ukryją.
Wołyń wyglądał jak istne piekło w tych upalnych dniach.
Noc jaśniała łunami pożarów na horyzoncie i niosła krzyki mordowanych bestialsko ludzi. Dzień spowijały kłęby gryzącego dymu i smród rozkładającego się w upale ludzkiego mięsa.
Z cerkwi i wsi ukraińskich niosły się ponure słowa pieśni ukraińskich i chrzęst ostrzonych kos, noży i siekier.
Na polach i pogorzeliskach pełno było tłustych czarnych much, oblepiających zmaltretowane, zakrwawione zwłoki.
Dzikie zwierzęta rozwlekały po polach części ciał.
Po drogach i polach snuli się niczym złe cienie banderowcy w rozchełstanych mundurach.
Byli czarni od sadzy, prochu i zakrzepłej krwi ofiar.
Polowali na ludzi, którym udało się zbiec z wiosek.
Nieprzypadkowo wybitna badaczka rzezi Wołynia, Ewa Siemaszko, ukuła termin ''genocidum atrox''.
Ludobójstwo okrutne.
Ani mowa, ani ukraiński strój nie ratowały. Jedynym ratunkiem było odmawianie pacierza po ukraińsku, bez zająknięcia.
Ludzie uciekali nocami, czołgając się przez pola i bagna. Żywiąc się korzeniami i pijąc wodę z rowów i bagien.
Mordowano wszystkich - starców, kobiety, dzieci. Polaków, Żydów, Ormian, Czechów wołyńskich.
Nawet tych bohaterskich Ukraińców, którzy przedkładali sumienie i uczucia ludzkie, nakazujące chronić bezbronnych, nad obłąkane ''idee'' Dmytro Doncowa, twórcę ukraińskiego nacjonalizmu.
Ci ocalili 2527 osób ryzykując własne życia.
Byli nawet szlachetni upowcy, którzy jedynie udawali, że zabijają i pozwalali uciec Polakom. ''Przychodzi nocą, wali do drzwi, ksiądz otwiera. »Przyszedłem Cię zabić, taki mam rozkaz«. »No cóż, synu, jeśli Ci jestem winny, to strzelaj« – ofiara i napastnik popatrzyli sobie w oczy. Napastnik odszedł''.
Tak opisywał Adam Adamow banderowca z Kuropatnik, którego szlachetność pokonała obłęd ''samostijnej Ukrajiny''.
Ów nieznany partyzant zapłacił za to życiem.
Wołyńsko-galicyjskie bestialstwo ukraińskich nacjonalistów usiłowało rozerwać po narodowych szwach nawet mieszane małżeństwa. Najczęściej jednak - bezskutecznie.
Jakby z przysięgi małżeńskiej, ''póki śmierć nas nie rozłączy'' - woleli uciec, bądź zginąć razem, niż zamordować jedno drugie...
Dodam od siebie, że mniej radykalne skrzydło OUN - Melnykowcy - potępiali banderowskie okrucieństwo.
Jeden z liderów OUN-M, Ołeh Sztul-Żdanowicz pisał:
''Polaków cała Ukraina - szczególnie zachodnia - uważa za wrogów. (...) Ale z polskim narodem jedna nas wspólny wróg. A polska mniejszość na Ukrainie była gotowa być w swej masie lojalna... Nie brakowało z polskiej strony prowokacji i przestępstw. Ale na to trzeba było odpowiedzieć sądem i karą dla winnych. A to, co się na tym odcinku działo w 1943 roku nie daje się wtłoczyć w żadne ramy. Cała akcja postawiła całą mniejszość polską przeciwko nam''. Nieprzypadkowo więc partyzanci OUN-M byli rozbrajani, a nierzadko i rozstrzeliwani przez UPA.
Taki los spotkał 1, kureń partyzancki OUN-M kapitana Mykoły Nedzweckiego "Chrina", który został otoczony przez UPA i rozbrojony.
O tej okrutnej nienawiści do Polaków, niemającej sobie równych, niech świadczy przypadek porucznika Zygmunta Rumla, komendanta okręgu wołyńskiego Batalionów Chłopskich i poety, nazywanego niekiedy ''Kresowym Baczyńskim''.
''Proszę chronić tego chłopca. To będzie wielki poeta'', powiedział o nim jego matce Leopold Staff przed wojną. Na początku lipca 1943 roku Rumel otrzymał polecenie od Kazimierza Banacha, pełnomocnika rządu, by podjąć rozmowę z UPA.
Rumel, w geście dobrej woli, przybył na rozmowy 10 lipca 1943 roku bez obstawy i broni, w towarzystwie przedstawiciela Okręgu Wołyńskiego AK, Krzysztofa Markiewicza i woźnicy Witolda Dobrowolskiego.
Mordercy z UPA, dowodzeni przez kolegę ze szkolnej ławy Markiewicza, Teodora Szabaturę, ''w geście dobrej woli'' ich zamordowali.
Rumla rozerwali końmi.
Miał 28 lat.
Mniej, niż ja obecnie.
''Był to jeden z diamentów, którym strzelano do wroga. Diament ten mógł zabłysnąć pierwszorzędnym blaskiem'', pisał o nim Jarosław Iwaszkiewicz.
* * *
Mordy nie zaczęły się jednak w lipcu 1943 roku, miały bowiem miejsce znacznie wcześniej - za początek rzezi Wołynia uznaje się napad sotni UPA Hryhorija Perehijniaka na kolonię Parośle Pierwsze w lutym 1943 r., gdzie wymordowano 173 Polaków.
Opisywałem Wam to już. Witold Kołodyński tak wspominał ten mord: ''Dowódca powiedział nam: »Musicie się położyć, my was powiążemy, żeby Niemcy was nie skrzywdzili za przetrzymywanie i karmienie partyzantów«. Rozkazał położyć się twarzą do podłogi i nastąpiło bestialskie mordowanie, rąbaniem naszych głów siekierami”.
W marcu 1943 r. sotnia Jurija Stelmaszczuka wymordowała 179 Polaków we wsi Lipniki. Wśród ocalałych z tego mordu był m.in. generał Mirosław Hermaszewski, ocalony jako dziecko przez matkę.
Generał stracił w rzezi 19 krewnych.
W kwietniu 1943 roku sotnia Iwana Łytwynczuka zamordowała 600 Polaków w Janowe Dolinie.
To również Wam opisywałem.
Fakt, że do pacyfikacji tych wsi kierowano samych dowódców okręgów wojskowych UPA, pokazuje, jak wielką uwagę do nich przykładano. Do lipca 1943 roku bandy UPA spaliły 56 wsi polskich.
Ale lipiec był najstraszniejszy.
We wsi Sądowa z 600 mieszkańców ocalało tylko 20, w kolonii Zagaje - z 350 ocalało tylko kilkanaście osób, w kolonii Orzeszyn z 340 Polaków przeżyły 34.
Z 2500 polskich wsi na Wołyniu unicestwiono na zawsze 1500.
W kościele w Porycku 16 lipca bandyci wtargnęli w trakcie Mszy Świętej i wymordowali 100 przebywających tam Polaków, a potem wycięli w pień całą wioskę (222 osoby).
Chodzili między ławami i dokładnie strzelali, by nikt nie przeżył. ''Jak usłyszałam, że mordercy chodzą po kościele i mówią: »O toj jeszcze żywyj«, to szybko złapałam jakąś czapkę umoczoną w ciepłej, lepkiej krwi i potarłam nią twarz sobie i siostrze, udawałyśmy zabitych'', wspominała Jadwiga Krajewska.
''Mieliśmy wówczas ciężki karabin maszynowy (rosyjski) i dwa moździerze małego kalibru. Nocą przygotowaliśmy się, a następnego dnia cały oddział, w tym i ja, napadliśmy (…) na polski kościół, w którym trwało wówczas nabożeństwo, a uczestniczyło w nim do 200-stu osób, [w tym] starych i małoletnich dzieci. Kościół został okrążony i zaczęła się likwidacja ludzi, otworzyliśmy ogień z cekaemu w głąb głównego wejścia i okien, w wyniku czego zabito wielu obywateli i dzieci, a tych, którzy próbowali uciekać, doganiali i dobijali'', wspominał jeden z morderców UPA, Iwan Hryń.
Po zakończeniu mordu, upowcy sprofanowali świątynię, rabując m.in. wino mszalne, po czym wnieśli pocisk artyleryjski i go zdetonowali. Uszkodzony kościół podpalili. Wydarzenie to upamiętnił Wojciech Smarzowski w swoim filmie ''Wołyń''.
Do końca lipca napadnięto 530 polskich miejscowości, w których zginęło co najmniej 20 tysięcy Polaków.
Jedna z uciekinierek opisywała te wydarzenia: "Wokół trupy i potencjalne ofiary. Od każdego Polaka śmierdzi teraz trupem. Chodzą żywe trupy"...
* * *
Myliłby się ten, kto sądził, że odpowiedzialni byli za to jedynie umundurowani bandyci z UPA. Brali w tym udział nie tylko chłopi, ale także kobiety ukraińskie.
Strasznym przykładem jest historia księdza Ludwika Wrodarczyka, proboszcza parafii w Okopach.
Gdy bandy UPA podchodziły pod wieś, parafianie prosili księdza, by ten uciekł i chronił siebie. Ksiądz nie chciał opuścić kościoła i pozostał, by chronić Najświętszy Sakrament.
Gdy banda wkroczyła do wsi, porwała księdza sprzed kościoła, uprzednio mordując 18-letnią dziewczynę i 90-letnią staruszkę, które próbowały chronić kapłana.
Księdza potem wywieziono do lasu.
Bandyci dźgali go bagnetami oraz igłami, przypiekali żelazem.
Jednak ksiądz nadal żył. Wściekli upowcy jeszcze bardziej znęcali się nad swoją ofiarą. Wiedząc, że umrze, ksiądz Wrodarczyk poprosił, by pozwolili mu się pomodlić. Łaskawie zezwolili.
Kapłan długo się modlił o przebaczenie dla własnych oprawców.
Wreszcie wstał: ''Jestem gotów'', powiedział. Wtedy ukraińskie baby rzuciły się na księdza i, przywiązawszy go do kłody, zaczęły przecinać go żywcem piłą do drewna.
Przecięty do połowy ksiądz, potwornie okrwawiony i zmaltretowany, żył jeszcze, więc Ukraińcy zaczęli do niego strzelać.
Dopiero wtedy ksiądz zmarł. Miał 36 lat.
Równie wstrząsającą historią jest zamordowanie 27-letniej Felicji Doleckiej ze Swojczowa.
Tej pomoc zaoferowali ukraińscy policjanci, uspokajając, że nic jej nie grozi.
Zabrali ją na swój posterunek w Gnojnie.
Przez całą dobę biedną dziewczynę gwałcili wszyscy ukraińscy policjanci z posterunku.
Na koniec zmaltretowaną wbito na pal i pozwolono jej długo umierać.
Jedna z najstraszniejszych historii, o jakiej czytałem, to przerażająca nocna ''zabawa'' Ukraińców (niestety nie doszukałem się, gdzie to się wydarzyło).
Oto na rozległej polanie Ukraińcy - ludność cywilna i upowcy - urządzili sobie zabawę.
Ktoś grał na akordeonie, Ukrainki śpiewały pieśni narodowe i tańczyły.
Wódka lała się strumieniami.
A dosłownie kilkadziesiąt metrów dalej w wielkim dole rozpalono wielkie ognisko, gdzie piekli się żywcem Polacy, przywiezieni z sąsiedniej wsi.
Upowcy wiązali ich z sianem i wrzucali niczym jakieś okropne kłody drewna do ognia. Ich straszliwe krzyki dochodziły do bawiących się, ale nie przerywało to zabawy.
Inna sytuacja: w jednej ze wsi przywiązano do drzewa młode polskie małżeństwo. Zgromadzona wokół ukraińska tłuszcza krzyczała i pluła na nich, a banderowiec z wielkim nożem pytał wesoło tłum, którą część ciała któremu z nieszczęśników ma odciąć. Barbarzyńska ''zabawa'' skończyła się, gdy z małżeństwa zostały tylko dwie pokrwawione kupki mięsa.
Jeszcze inna: pewien Ukrainiec zdekapitował całą rodzinę swoich polskich krewnych, a następnie posadził ciała przy stole.
Głowy umieścił na stojących przed nimi talerzach.
Jakikolwiek najgorszy amerykański seryjny morderca przy opisach Wołynia wygląda jak niegroźny chuligan.
* * *
''Obok mnie leżała kobieta, Maria Jesionek. (…) Ona też wyskoczyła z płonącego budynku wraz z dziećmi, tuż przede mną. Morderca ugodził ją kulą, leżała martwa na swym uduszonym niemowlęciu. Jej ośmioletni syn został też zastrzelony, ten zaś pięcioletni siedział tuż przy martwej matce, szarpał ją i wołał: – »Mamo wstawaj, chodźmy do domu«. Płakał.
Podbiegł do niego Ukrainiec, przyłożył lufę karabinu do głowy i strzelił.'', wspominał Henryk Kloc.
"Gdy banderowcy podpalili dom, przyszli i znaleźli ojca i tych czterech braci, widziałam jak ojciec ukląkł na kolana i zaczął prosić o darowanie życia.
Ale dwóch banderowców podeszło i widłami jeden z jednej strony a drugi z drugiej wbili widły w jego boki i zaciągnęli ojca i wrzucili do ognia. Następnie wrócili po resztę dzieci i również wzięli za ręce lub za nogi i żywcem wrzucili do ognia."
''W pierwszym zabudowaniu znaleźliśmy wstrząsający widok. Wbitego na ostry słup przy furtce kilkuletniego chłopca.
Na parkanie był napis: »Litak Sikorskoho« [Samolot Sikorskiego].
Przed progiem domu leżały trupy mężczyzn i dwóch kobiet okrutnie porąbanych siekierą'', wspominał Jerzy Krasowski.
''Dziadek leżał na podłodze na prawo od drzwi. Właściwie nie było widać głowy, była jakby wbita siekierą w ciało, w płuca. Ściany były zbryzgane krwią, na podłodze rozmazana była krwawa maź.
Gdy chwyciłem ciało dziadka, fragment jego mózgu wyleciał na moją pierś.
Babcia leżała obok dziadka porąbana wzdłuż ciała siekierą'', wspominał Zygmunt Maguza z kolonii Witoldów, który w rzezi wołyńskiej stracił 40 krewnych. Czterdziestu.
''W jednej z wiosek w pobliżu Derażnego po pogromie znaleziono w chacie małe dziecko z wyprutymi wnętrznościami.
Jelita były rozpięte na ścianie w jakiś nieregularny sposób, a na jednym z gwoździ wisiała kartka z napisem: »Polska od morza do morza«'', wspominał Wincenty Romanowski.
''W okresie służby w Służbie Bezpieczeństwa UPA osobiście zabiłem 15 osób.
Pamiętam, w lipcu 1943 nasz oddział przybył do byłej posiadłości hrabiego Koszewskiego, gdzie mieszkało około 100 Polaków, których zlikwidowaliśmy bezlitośnie przy użyciu broni palnej i białej.
Zlikwidowaliśmy całe rodziny, nie oszczędzając starców, kobiet i dzieci.
Dzieci płakały, kobiety – matki prosiły aby pozostawić ich dzieci przy życiu. Ale nie zwracaliśmy na te prośby uwagi i zabijali je używając do tego broni i noży.
Osobiście zastrzeliłem z karabinu w tej rozprawie 8 ludzi...'', na procesie mówił członek SB OUN, Arsenij Bożewskij.
''Maleńkie dzieci nieraz nie rozumiały śmierci i tkwiły przy zwłokach matki, płacząc i dopominając się o jej reakcję. W osadzie Chrynów (pow. Włodzimierz) półtoraroczne dziecko Jana i Marzanny Blicharzów z odrąbaną ręką pełzało po martwej matce, wołając »mamo«, zaś siedmiomiesięczne dziecko Wacława i Jadwigi Demków z Jadwigina (pow. Łuck) ssało pierś martwej matki''.
''Tata mówił do banderowca: – Panowie, co złego wam zrobiliśmy, czego od nas chcecie?
Banderowiec uderzył ojca kolbą i obrzucił wyzwiskami. Chwilę później usłyszałam przeraźliwy bełkot naszego sąsiada – niemego. Ożenił się i miał normalne, ładne dzieci. Bili ich pałami, słyszałam głośne uderzenia.
Chyba czymś kłuli, bo ofiary krzyczały przeraźliwie.
Za chwilę zaczęli bić Irkę i Paulinkę.
Coś im robili okrutnego, bo rozległ się pisk okrutny. Ojca zaczęli mordować chwilę później. Słyszałam jego głuchy krzyk, jęki, rzężenie i odgłosy uderzeń pośród pokrzykiwań i śmiechu. Zatkałam uszy. Po chwili spojrzałam przez szparę w płocie, zauważyłam kogoś leżącego, zakrwawionego. To na pewno był mężczyzna. Może ojciec? Szeptałam bez przerwy:
– Boże ocal, zakryj przed ich wzrokiem. Matko Boska ratuj!
Krzyki ucichły. Słychać było tylko głosy Ukraińców – rozmawiali, śmiali się, kopali na podwórzu dół dla pomordowanych'', wspominała Alfreda Magdziak.
''Myśmy się wtedy nie bali śmierci. Baliśmy się mordu, sposobu, w jaki umrzemy.
Rodzice się przygotowali. Mama miała małą siekierę; pamiętam, z żółtym trzonkiem.
Ojciec – pistolet z dwiema kulami.
Zaplanowali, że gdy przyjdą mordercy, tata nas zastrzeli. Mama i ja dostaniemy prawo do godnej śmierci. Nie wiem, jak ojciec sobie wyobrażał własną. Nie wszyscy mieli broń i taką możliwość, jak my'', wspominała Maria Berny.
''Najpierw o ściany domów porozbijali głowy chłopczyków. Później przystąpiono do zarzynania żony Trybulskiego. By nie krzyczała, przewiązano jej usta drutem kolczastym'', wspominał Mirosław Łoziński.
''Kilku banderowców podbiegło do mojej mamy i jeden z nich uderzył ją w głowę siekierą.
Mama upadła i wypuściła z rąk brata Tadzia, a ja z przerażenia krzyczałam. Mama czołgając się, przygarnęła do siebie płaczącego i zakrwawionego Tadzia, dała mu pierś. Po niedługiej chwili ponownie podbiegli banderowcy do mojej mamy i podcięli jej gardło. Jeszcze żyła, kiedy zdarli z niej szaty i poodcinali jej piersi. Mama i Tadzio bardzo się męczyli. Mama z bólu powyrywała sobie długie włosy z głowy, była strasznie zmieniona, bałam się jej. Pobiegłam do tatusia i widziałam, jak bardzo go bili. Widziałam, jak naszej sąsiadce, Wasylkowskiej, odrąbywali na pieńku głowę. Mój krzyk był tak przerażający, że jeden z banderowców podbiegł do mnie i z rozmachem wbił mi nóż troszeczkę poniżej gardła, a ja dalej krzyczałam i ze strachu nie mogłam się ruszyć z miejsca.
Banderowcy krzyczeli po imieniu do ojca, a ojciec też po imieniu błagał Iwana, bo ciągle przychodził do naszego tatusia jako przyjaciel'', wspominała Irena Gajowczyk.
* * *
Rzeź trwała i później - w sierpniu, gdzie wyrachowani upowcy dali Polakom czas na dokończenie żniw, a potem ich wymordowali - rzeź rozpoczęła się (także w niedzielę) 29 sierpnia 1943 roku, kiedy zaatakowano 64 miejscowości.
W całym sierpniu wymordowano i spalono 301 wsi polskich. W dwóch tylko wsiach - Wola Ostrowiecka i Ostrówka - samego 30 sierpnia banda Iwana Kłymczaka ''Łysego'' zamordowała w sumie 1066 Polaków, z czego 466 dzieci w wieku do 14 lat.
Historia rzezi wsi Ostrówki mrozi krew w żyłach. 30 sierpnia bandyci UPA weszli do wsi i zaczęli zgarniać mężczyzn i chłopców.
Tych prowadzili do wykopanych dołów, gdzie rozłupywali im głowy pałkami i siekierami. Miejscowemu księdzu obcięto głowę.
Starcy, kobiety i dzieci, zamknięte w miejscowym kościele, zaczęli śpiewać pieśni religijne, modlić się żarliwie, wybaczać sobie wzajemne kłótnie i nieporozumienia... Banderowcy zamierzali spalić ich żywcem, ale na miejscu przypadkiem pojawił się niemiecki patrol, który z miejsca zaczął ostrzeliwać bandziorów.
Niemcy nie mogli jednak pokonać liczniejszych napastników i wycofali się.
Wówczas banderowcy wyciągnęli z kościoła trzysta osób i poprowadzili pod las Kokorawiec. Po drodze mordowali tych, którzy nie mogli, lub nie chcieli iść. ''Ułożyli nas rzędem. Twarzami do ziemi. Mama, ciocia, babcia i inni krewni.
Ja leżałem obok mamy.
Przytuliła mnie mocno.
Potem usłyszałem wystrzały. Nagle huk rozległ się tuż obok mnie. Mama drgnęła konwulsyjnie, poczułem krótki, mocny uścisk jej dłoni, a potem nagle jej ciało zwiotczało. Poczułem, że coś lepkiego spływa mi po twarzy'', wspominał Aleksander Pradun, który wówczas miał 13 lat.
Gdy Ukraińcy skończyli mordować Polaków, odeszli, śmiejąc się, że ''tam leżą zabite polskie mordy''. Potem zaczęli plądrowanie wsi. Nawoływali po obejściach po polsku, by wywabić ukrywających się, po czym ich mordowali. ''Ukrainiec strzelił do dziecka. Lat może trzy–cztery. Pocisk zerwał mu czaszkę i to dziecko wstało, a następnie, płacząc, biegało to w jedną, to w drugą stronę, z otwartym, pulsującym mózgiem'', wspominał jeden z ocalałych. Po trzech dniach, gdy ciała już rozkładały się w upale, banderowcy spędzili okolicznych Ukraińców i kazali im pochować zamordowanych w zbiorowej mogile. Jeszcze przez wiele lat nazywano to miejsce ''Trupim polem''. W bliźniaczy sposób i tego samego dnia wymordowano mieszkańców wsi Wola Ostrowiecka, gdzie kobiety i dzieci spalono w kościele.
Po wymordowaniu wsi banderowcy urządzili sobie libację w lesie, obficie zapijaną samogonem. Dumny z siebie Kłymczak raportował: ''Zlikwidowałem wszystkich Polaków od małego do starego. Wszystkie budynki spaliłem, a mienie i bydło zabrałem dla potrzeb kurenia.''
Rzeź na Wołyniu, a także w Galicji wznowiono następnie w grudniu 1943 roku w okresie Bożego Narodzenia i trwała ona do lutego-marca 1944 roku, kiedy bandziorów przepłoszyła Armia Czerwona, tym samym, raczej przypadkowo, ratując Polaków.
Oszalałe bandy ukraińskich zbirów mordowały już całkiem samowolnie, wbrew rozkazom prowydnyków, jesienią 1944 roku i zimą 1944-1945. Mordy i pacyfikacje wsi miały miejsce nawet wiosną i latem 1945 roku.
Upowskie bestialstwo przerwały dopiero wysiedlenia Polaków z Kresów i zdecydowane akcje NKWD już po wojnie, które spacyfikowały banderowskich morderców.
Do mordów dochodziło także na Podkarpaciu i Lubelszczyźnie.
W całej rzezi wołyńskiej zginęło około 60-80 tysięcy osób.
W rzezi w Małopolsce Wschodniej w latach 1943-45 - od 30 do 70 tysięcy. Ta druga rzeź była już lepiej przygotowana i obliczona na wypędzenie Polaków - w odróżnieniu od Wołynia, gdzie Polaków po prostu chciano unicestwić.
Rozrzucano ulotki, szerzono plotki, stosowano odezwy do Polaków, by ci wyjeżdżali i zostawili majątek - inaczej niechybnie zginą.
W efekcie, poza pomordowanymi, setki tysięcy ludzi uciekło na tereny Polski po lewej stronie Bugu, do dużych miast jak Lwów, bądź zgłaszało się na ochotnika do wyjazdu na roboty do Niemiec, a po wojnie - uciekało do Polski pod sowiecką presją.
Byleby uciec od horroru. Doprowadziło to do całkowitej depolonizacji tych ziem.
Ten jeden, jedyny raz UPA i NKWD, mimo ogromnej wrogości do siebie, zjednoczył wspólny cel.
Przerażające w historii Rzezi Wołynia jest jeszcze jedno. W lipcu i sierpniu 1943 roku, a szczególnie wiosną 1944 roku, było już po klęsce Niemców pod Stalingradem i w Afryce, po klęsce na Łuku Kurskim i Sycylii. Oczywistym było, że „samostijna Ukraina” nie powstanie wskutek II Wojny Światowej.
Wiadomo było, że Armia Czerwona niebawem dotrze na Wołyń i do Galicji, i tereny te dostaną się w ręce ZSRR. UPA de facto pomogła znienawidzonym bolszewikom.
* * *
Jedna z najstraszniejszych scen, jakie zapamiętałem z filmu ''Wołyń'' to nie sceny mordowania, czy okrucieństwa.
To scena, gdy jeden z upowców podaje Zosi parę butów. Ładne, damskie buty. Używane. ''Weź'', zachęca dobrotliwie.
Domyślać się można, co stało się z ich poprzednią właścicielką...
Gdy kiedyś, w lipcu, na planie filmowym miałem wcielić się w banderowca, wytrzymałem dwa dni na planie.
Trzeciego nie wytrzymałem. Było upalne lato na Kielecczyźnie, zboże było do pasa, technicy rozpylali sztuczny dym, a my ujęcie za ujęciem powtarzaliśmy mordowanie Polaków wychodzących z kościoła. Poczucie immersji było zbyt silne.
Tak siedzę sobie co roku nad tym tekstem (pierwsza jego wersja powstała w chyba 2017 roku) i zawsze mnie nachodzi smutek, jak zapomnianym tematem jest Wołyń.
Tak naprawdę pierwszy i jedyny raz głośniej o tych wydarzeniach zrobiło się dopiero w 70. rocznicę mordu - w 2013 roku.
Zaraz potem był Majdan, Krym, zielone ludziki. I ''mądrzejsze o tem było nie wspominać''. Bo tak naprawdę żadne władze RP nie chciały nigdy omawiać tego tematu. Zawsze ważniejsze były ''dobre stosunki'' i udawanie, że czczenie Bandery, Szuchewycza i innych to nieważne drobiazgi. Nie było ogólnopolskich akcji wpinania kwiatów lnu. Pomników i ulic nazwanych ku pamięci ofiar jest jak na lekarstwo.
Nie stosowano terminu ''ludobójstwo''. Stawiano na piedestał cierpienie innej mniejszości etnicznej, mordowanej w Polsce.
I, co najgorsze: zamordowani Polacy do dzisiaj nie mają swoich grobów. Leżą tak, jak zginęli w upiornym lipcu 1943 roku.
W 80. rocznicę Ludobójstwa nie doczekaliśmy się ani przeprosin, ani ekshumacji, ani pomników.
Doczekaliśmy się krzyża z patyków postawionego w szczerym polu.
Pozostawię to bez komentarza.
Ocalałym nawet ucieczka nie przyniosła ulgi. Wielu nie miało ani dokąd pójść, ani dokąd wracać. Wielu z nich jedyne, co ocaliło ze swojego życia, to najwyżej ubranie na sobie. Ciągle musieli się przemieszczać, żyli w bezustannym strachu. I co najgorsze dla nich - musieli milczeć.
Powojenna komunistyczna Polska niechętnie patrzyła na upamiętnianie ludobójstwa na Kresach - ziemiach należących przecież do ''bratniego Związku Radzieckiego''.
Wielu ocalałych nie wytrzymało ze stresu, zmarli przedwcześnie. Pozostali musieli nauczyć się żyć samemu z ogromnymi traumami upiornego lata '43.
Bez niczyjej pomocy. Pozostawieni sami sobie.
Ale to, co napawa mnie nadzieją, to fakt, że Wołyń to prawdziwie oddolnie upamiętniana tragedia. Że jednoczy ludzi o różnych poglądach, statusie społecznym, wyznaniu. Że tak naprawdę w Polsce nie ma ludzi rozumnych, którzy próbowaliby to ludobójstwo jakoś wytłumaczyć. I dlatego - pamięć o strasznym lipcu 1943 roku przetrwa.
„Nie o zemstę, lecz o pamięć wołają ofiary”...
Pamięć, którą jesteśmy winni tym ludziom. Naszym rodakom. Mężczyznom, kobietom, dzieciom, starcom. Bestialsko zamordowanym przez zwyrodnialców, przez pomyłkę nazywanych ''ludźmi''.
Zamordowanym tylko i wyłącznie za to, że byli Polakami i katolikami.
Na zakończenie wypada jedynie zacytować słowa ocalałej z rzezi Zofii Szwal z 2018 roku:
''Jeśli dzisiaj Ukrainiec prosi mnie o przebaczenie i mówi, że sam też mi wybacza, to ja się zastanawiam: »Ale co? Co ty mi przebaczasz?« Ja mu mam przebaczyć, że wymordowano mi szesnaście osób z najbliższej rodziny, a on mi ma przebaczyć to, że przeżyłam? Kiedy jeździłam na Wołyń mówiłam Ukraińcom, że gdyby ktoś przyszedł i powiedział: »zamordowałem«, i zapłakał, to ja zapłakałabym razem z nim, zapłakałabym, że ciąży na nim taka straszna zbrodnia. I to jest właśnie droga do pojednania.''
Zapamiętajcie ten wpis. Pamiętajcie o nim i nieście go w świat. Jeśli chcecie, możecie mnie jakoś wesprzeć finansowo, choćby symbolicznie, bo czuję, że zaczyna mi brakować pary i motywacji przy opisywaniu tych zbrodni. To jedno, o co Was proszę. Szczególnie dziś.
W rocznicę jednego z największych bestialstw polskiej historii.
Bo „jeśli ci umilkną, kamienie wołać będą”...
Koloryzacja: Kolor na froncie
#Wołyń #Wołyń1943"
-
Ramzan Szimanow
- Posty: 2739
- Rejestracja: czw 27 sty 2022, 10:49
- Kontakt:
Za https://www.facebook.com/share/p/1Hc2DFRtuY/
,,13 lipca 1943 roku UPA zakończyła pogrom Dominopola w powiecie włodzimierzowskim na Ukrainie.
Ofiarami morderców padło 250 Polaków.
Poniższy tekst to wspomnienia Antoniny Uleryk, która przeżyła tę zbrodnię:
„Wstałam resztkami sił, matka leżała nieżywa przy drzwiach, siostra nieżywa w łóżku.
Z wielkim trudem wyszłam przed dom, chciałam wołać o pomoc.
Z Bożej łaski zobaczyłam, jak dwie moje koleżanki, które uciekły z mordowanego domu, są właśnie okrutnie bite, pamiętam jeszcze, jak prosiły oprawców: ‘Zabijcie nas, a nie bijcie’.
Tak pędzili je w stronę lasu. Wtenczas odzyskałam raptownie więcej sił, cofnęłam się do mieszkania.
Przebrałam się, bo wciąż byłam tylko w bieliźnie, potem ukryłam się w konopiach i tam przebywałam ukryta, aż do rana.
Przeżywałam tam nieopisane katusze, gdy wciąż słyszałam różne jęki, płacz i krzyki, wołania o pomoc i strzały.
Jak zaczynało już świtać, usłyszałam trzykrotny głos trąbki, był to sygnał zakończenia mordowania Dominopola.
Tłumnie, wszyscy zbrodniarze zaczęli się zbierać u sołtysa wsi.
Słyszałam także, jak ci co mordowali, zaszli do naszego domu i jeden mówi: ‘Tu brakuje jednej osoby!’.
Przestraszyłam się bardzo, że teraz będą mnie zawzięcie szukać i jeszcze głębiej zaszyłam się w konopie.
Widocznie jednak, spieszyło się im bardzo na przerwaną biesiadę i nie szukali dalej.
Słychać było pijackie okrzyki, toasty i śpiewy. Niewiele zrozumiałam z tych wrzasków, przesiedziałam cały dzień w konopiach, bez kropli wody w gorączce i okropnym strachu, a gdy przyszła druga noc, ukradkiem przedostałam się przez pola do Swojczowa.
Po drodze napotkałam, jeszcze przed rzeką Turią, wykoszony łan zboża i wykopany ogromny dół widocznie, miał to być wspólny grób dla mieszkańców z naszej wioski. Odległość, która dzieliła Swojczów z Dominopolem 4-5 km, przeszłam z wielkim trudem.
Już świtało, jak pół żywa zastukałam do cioci Karolki.”
,,13 lipca 1943 roku UPA zakończyła pogrom Dominopola w powiecie włodzimierzowskim na Ukrainie.
Ofiarami morderców padło 250 Polaków.
Poniższy tekst to wspomnienia Antoniny Uleryk, która przeżyła tę zbrodnię:
„Wstałam resztkami sił, matka leżała nieżywa przy drzwiach, siostra nieżywa w łóżku.
Z wielkim trudem wyszłam przed dom, chciałam wołać o pomoc.
Z Bożej łaski zobaczyłam, jak dwie moje koleżanki, które uciekły z mordowanego domu, są właśnie okrutnie bite, pamiętam jeszcze, jak prosiły oprawców: ‘Zabijcie nas, a nie bijcie’.
Tak pędzili je w stronę lasu. Wtenczas odzyskałam raptownie więcej sił, cofnęłam się do mieszkania.
Przebrałam się, bo wciąż byłam tylko w bieliźnie, potem ukryłam się w konopiach i tam przebywałam ukryta, aż do rana.
Przeżywałam tam nieopisane katusze, gdy wciąż słyszałam różne jęki, płacz i krzyki, wołania o pomoc i strzały.
Jak zaczynało już świtać, usłyszałam trzykrotny głos trąbki, był to sygnał zakończenia mordowania Dominopola.
Tłumnie, wszyscy zbrodniarze zaczęli się zbierać u sołtysa wsi.
Słyszałam także, jak ci co mordowali, zaszli do naszego domu i jeden mówi: ‘Tu brakuje jednej osoby!’.
Przestraszyłam się bardzo, że teraz będą mnie zawzięcie szukać i jeszcze głębiej zaszyłam się w konopie.
Widocznie jednak, spieszyło się im bardzo na przerwaną biesiadę i nie szukali dalej.
Słychać było pijackie okrzyki, toasty i śpiewy. Niewiele zrozumiałam z tych wrzasków, przesiedziałam cały dzień w konopiach, bez kropli wody w gorączce i okropnym strachu, a gdy przyszła druga noc, ukradkiem przedostałam się przez pola do Swojczowa.
Po drodze napotkałam, jeszcze przed rzeką Turią, wykoszony łan zboża i wykopany ogromny dół widocznie, miał to być wspólny grób dla mieszkańców z naszej wioski. Odległość, która dzieliła Swojczów z Dominopolem 4-5 km, przeszłam z wielkim trudem.
Już świtało, jak pół żywa zastukałam do cioci Karolki.”
-
Ramzan Szimanow
- Posty: 2739
- Rejestracja: czw 27 sty 2022, 10:49
- Kontakt:
Za https://www.facebook.com/share/1DME7eGtoW/
,,Noc 14 lipca 1946 roku w Wołkowyi była ciemna.
Wartownicy wytężali wzrok, by nie przegapić żadnego zagrożenia.
Cała miejscowość była pogrążona w ciemnościach.
Wieś nie przypominała jednak spokojnej turystycznej miejscowości utulonej w spokojnym śnie.
Wokół czaiło się zagrożenie, którego wartownicy wypatrywali. Tym, razem się nie mylili ...
Lato 1946 roku w Bieszczadach to nie był okres spokojnego turystycznego wypoczynku. Zwiedzający dzisiaj te okolice musieliby być zdumieni, gdyby wiedzieli, że niedźwiedzie i wilki nie były wtedy jedynym zagrożeniem dla ludzi.
Po bieszczadzkich lasach grasowały sotnie UPA, wielokrotnie groźniejsze od dzikich zwierząt. Wojska Ochrony Pogranicza, dopiero co zorganizowane, stanęły przed ciężkim, wręcz niewykonalnym, w tamtych warunkach zadaniem.
Działając rozrzuconymi wzdłuż nowej linii granicy państwowej strażnicami miały spacyfikować działania UPA w strefie przygranicznej i uszczelnić granicę, by z ZSRS nie docierały na teren Polski nowe sotnie ukraińskich nacjonalistów.
Ba... łatwo powiedzieć. Strażnice liczyły około 30 żołnierzy WOP, a sotnie zwykle po około 100 - 150 strzelców UPA.
Na początku 1946 roku władze utraciły kontakt z kilkoma gminami leżącymi na terenie Bieszczad. Polska administracja została tam zlikwidowana przez UPA. Banderowcom wtedy zaczęły przeszkadzać strażnice WOP, które się ostały na tych terenach.
W związku z tym UPA zaczęła przeprowadzać ataki na te posterunki.
Okazało się, że tak małe jednostki nie są w stanie się obronić.
Taka sytuacja dotyczyła 36 Komendy WOP. Z racji tego, że poszczególne strażnice nie mogły się otrzymać w terenie, wycofano je do siedziby Komendy w Wołkowyi.
Łącznie zabrało się tam 200 żołnierzy, uzbrojonych w 2 moździerze, cekaemy, erkaemy, pistolety automatyczne i broń ręczną.
Sama Wołkowyja była atakowane przez UPA kilkukrotnie.
Doszło do tego, że miejscowość opuściła polska administracja i "rządziła" tutaj UPA.
Dopiero pojawienie się w maju 1946 roku żołnierzy 36 Komendy WOP nieco uspokoiło sytuację. Jednak nadal była ona napięta i Wołkowyja stanowiła cierń w "upowskiej republiki".
UPA szukała okazji do zniszczenie garnizonu i samej Wołkowyi.
Dlatego w noc z 14 na 15 lipca 1946 roku, mimo siły jaką reprezentował garnizon Wołkowyi, na miejscowość uderzyła sotnia "Bira" Wasyla Szyszkanynecia.
WOP ufortyfikował wieś, a sztab komendy znajdował się w środku wsi.
Walki były zażarte i uporczywe.
Upowcy mimo polskich umocnień nie zamierzali łatwo rezygnować.
Niejako "przy okazji" po opanowaniu części wsi przez UPA, dokonano mordów na ludności cywilnej.
Zginęło 15 osób, w tym dwoje dzieci.
Z żołnierzami upowcom poszło gorzej i nie zdobyli oni polskich umocnień.
Mimo to ponawiali oni ataki przez kilka godzin. Ostatecznie o godzinie 4:30 15 lipca 1946 roku odstąpili od Wołkowyi.
Była to jedna z najcięższych walk jakie stoczył WOP z oddziałami UPA."
Ciekawostka z Wołkowyji.
Po likwidacji UPA na terenie Bieszczad okazało się że w lesie ponad wsią mieli bandziory swoją melinę-bunkier z ktorej prowadzili obserwacje.
,,Noc 14 lipca 1946 roku w Wołkowyi była ciemna.
Wartownicy wytężali wzrok, by nie przegapić żadnego zagrożenia.
Cała miejscowość była pogrążona w ciemnościach.
Wieś nie przypominała jednak spokojnej turystycznej miejscowości utulonej w spokojnym śnie.
Wokół czaiło się zagrożenie, którego wartownicy wypatrywali. Tym, razem się nie mylili ...
Lato 1946 roku w Bieszczadach to nie był okres spokojnego turystycznego wypoczynku. Zwiedzający dzisiaj te okolice musieliby być zdumieni, gdyby wiedzieli, że niedźwiedzie i wilki nie były wtedy jedynym zagrożeniem dla ludzi.
Po bieszczadzkich lasach grasowały sotnie UPA, wielokrotnie groźniejsze od dzikich zwierząt. Wojska Ochrony Pogranicza, dopiero co zorganizowane, stanęły przed ciężkim, wręcz niewykonalnym, w tamtych warunkach zadaniem.
Działając rozrzuconymi wzdłuż nowej linii granicy państwowej strażnicami miały spacyfikować działania UPA w strefie przygranicznej i uszczelnić granicę, by z ZSRS nie docierały na teren Polski nowe sotnie ukraińskich nacjonalistów.
Ba... łatwo powiedzieć. Strażnice liczyły około 30 żołnierzy WOP, a sotnie zwykle po około 100 - 150 strzelców UPA.
Na początku 1946 roku władze utraciły kontakt z kilkoma gminami leżącymi na terenie Bieszczad. Polska administracja została tam zlikwidowana przez UPA. Banderowcom wtedy zaczęły przeszkadzać strażnice WOP, które się ostały na tych terenach.
W związku z tym UPA zaczęła przeprowadzać ataki na te posterunki.
Okazało się, że tak małe jednostki nie są w stanie się obronić.
Taka sytuacja dotyczyła 36 Komendy WOP. Z racji tego, że poszczególne strażnice nie mogły się otrzymać w terenie, wycofano je do siedziby Komendy w Wołkowyi.
Łącznie zabrało się tam 200 żołnierzy, uzbrojonych w 2 moździerze, cekaemy, erkaemy, pistolety automatyczne i broń ręczną.
Sama Wołkowyja była atakowane przez UPA kilkukrotnie.
Doszło do tego, że miejscowość opuściła polska administracja i "rządziła" tutaj UPA.
Dopiero pojawienie się w maju 1946 roku żołnierzy 36 Komendy WOP nieco uspokoiło sytuację. Jednak nadal była ona napięta i Wołkowyja stanowiła cierń w "upowskiej republiki".
UPA szukała okazji do zniszczenie garnizonu i samej Wołkowyi.
Dlatego w noc z 14 na 15 lipca 1946 roku, mimo siły jaką reprezentował garnizon Wołkowyi, na miejscowość uderzyła sotnia "Bira" Wasyla Szyszkanynecia.
WOP ufortyfikował wieś, a sztab komendy znajdował się w środku wsi.
Walki były zażarte i uporczywe.
Upowcy mimo polskich umocnień nie zamierzali łatwo rezygnować.
Niejako "przy okazji" po opanowaniu części wsi przez UPA, dokonano mordów na ludności cywilnej.
Zginęło 15 osób, w tym dwoje dzieci.
Z żołnierzami upowcom poszło gorzej i nie zdobyli oni polskich umocnień.
Mimo to ponawiali oni ataki przez kilka godzin. Ostatecznie o godzinie 4:30 15 lipca 1946 roku odstąpili od Wołkowyi.
Była to jedna z najcięższych walk jakie stoczył WOP z oddziałami UPA."
Ciekawostka z Wołkowyji.
Po likwidacji UPA na terenie Bieszczad okazało się że w lesie ponad wsią mieli bandziory swoją melinę-bunkier z ktorej prowadzili obserwacje.
-
Ramzan Szimanow
- Posty: 2739
- Rejestracja: czw 27 sty 2022, 10:49
- Kontakt:
Za https://www.facebook.com/share/1DTA8mEd2m/
,,BOHATEROWIE WOŁYNIA
Polacy na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej byli świadomi zagrożenia ze strony UPA od początku 1943 roku.
Do kolejnych miejscowości dochodziły informacje o rzeziach Polaków dokonywanych przez banderowskich rezunów.
Początkowo samoobrona przypominała tylko straż wiejską.
Mężczyźni czuwali na opłotkach wsi, ''uzbrojeni'' w narzędzia, a gdy dostrzegli niebezpieczeństwo - uderzali na alarm, bijąc w dzwony i krzycząc.
To dawało czas ludności cywilnej na opuszczenie domostw i ucieczkę do lasu.
Im dłużej trwało jednak ludobójstwo, tym Polacy bardziej się organizowali.
Samodzielnie się tworząc oddziały przemieniały wsie i kolonie w twierdze.
Powstało w sumie ok. 300 takich ośrodków. Miejscowości tworzyły całe klucze małych fortec, tworząc niewielkie polskie ''republiki'' w morzu banderowskiego bestialstwa.
Tak było w sławnym Przebrażu, tak było w Hucie Stepańskiej, Zasmykach, Kutach, Ostrogu, Antonówce i Wyrce.
Bandy UPA bowiem były zdolne okrutnie mordować nieuzbrojonych cywilów, zwłaszcza kobiety i dzieci, ale w przypadku napotkania uzbrojonego przeciwnika najczęściej uciekały w panice, nie podejmując walki.
„To straszni tchórze i hołota. Mordując bezbronnych, byli bohaterami. Gdy napotkali opór, uciekali, gdzie pieprz rośnie, machając rękami. Mówiliśmy wtedy, że «rąbią wiatrak»”, wspominał Roman Domański, członek jednej z samoobron.
Szkolono członków samoobrony - tym zajmowali się głównie starsi chłopi, którzy służyli wcześniej w Wojsku Polskim, albo nawet w armii carskiej, czy austriackiej.
Pojawiały się transzeje, ziemianki, zasieki.
Z pobojowisk ''Barbarossy'' ściągano drut kolczasty, którego nie brakowało.
Uzbrajano się w obite blachą pałki, kosy przekute na sztorc, siekiery, dubeltówki, samopały.
Wykorzystywano broń po Wojsku Polskim w 1939 roku i pozostałości z pobojowisk ''Barbarossy''.
Wymontowywano karabiny maszynowe z wraków sowieckich czołgów i samolotów, wykopywano porzucone karabiny.
Tę broń potem wiejscy kowale starali się jakoś doprowadzić do stanu używalności.
Czasem litościwie Niemcy podrzucali jakąś broń, czasem od nich ją kupowano.
Szczególnie pożądane przez niemieckich żandarmów była żywność - jajka, słonina, chleb. I wódka.
Czasem broń Polacy dostawali najzupełniej legalnie od Niemców.
Po masowych dezercjach ukraińskich policjantów zimą i wiosną 1943 roku, Niemcy - których interesowały najbardziej dostawy kontyngentów i bezpieczeństwo szlaków komunikacyjnych - przez palce patrzyli na polską samoobronę.
Otrzymywano nie tylko starą broń, ale także nowoczesne uzbrojenie: karabiny maszynowe, automaty, granaty.
Antoni Cybulski z Pańskiej Doliny wspominał: ''Z uwagi na konieczność obrony życia i naszego istnienia zdecydowaliśmy zwrócić się do Niemców po broń i zezwolenie na jej posiadanie. Postanowiliśmy udać się bezpośrednio do Kreisleitera w Dubnie z prośbą o wydanie broni do obrony gospodarzy podczas prac polowych przy zbiorze plonów. Motywując, że jeśli nie będzie ochrony, to wieś zostanie doszczętnie spalona i setki hektarów zboża ulegną zniszczeniu.
Gospodarze nie będą w stanie wywiązać się z kontyngentów.
Wiedzieliśmy, że to dla Niemców był bardzo nęcący haczyk. Po wyjściu z gabinetu kapitan Wehrmachtu zaprowadził nas do magazynów i rozkazał magazynierowi, by wydał nam uzgodnionych sześć rosyjskich karabinów, amunicję i kilka granatów.
Ponadto wydano nam odpowiednie ausweisy na posiadanie broni.
Przy odbieraniu amunicji Teofil zaszwargotał do Niemca, pokazując mu solidny kawałek »szpeku« (słoniny).
Niemczysko się uśmiechnął i zadowolony dołożył nam jeszcze kilka paczek amunicji.''
Ogromnego, wzruszającego wsparcia udzieliły też oddziały pewnego bratniego narodu... ale o tym napiszę innym razem.
* * *
Pierwszą skuteczną samoobronę założono w kolonii Pańska Dolina.
Liczyła ona 175 mieszkańców i 40 gospodarstw. Założono ją w maju 1943 roku po zamordowaniu trzech Polaków w pobliskiej kolonii Wygoda.
W ramach samoobrony służyło w sumie 60 Polaków. Ich dowódcą został Albert Kozłowski ''Jastrząb''.
''Kierunek uderzenia banderowców wskazywał, że celem ataku był środek wsi.
Tutaj jednak dostali się właśnie pod niespodziewanie silny ogień naszego automatu »diegtiarowa«” oraz innej broni, a nawet granatów ręcznych.
Zygmunt Toczko z kolegami nie żałowali sobie amunicji.
Rąbali, ile się dało.
O ile sobie przypominam, w pewnym momencie zaciął się z przegrzania erkaem i wtedy użyto granatów.
To tak gorące i efektywne przywitanie ostatecznie podcięło skrzydła bandziorów. Zaczęli kryć się w zbożu i ze wzgórza ostrzeliwać zapalającymi oraz świetlnymi pociskami zabudowania, gdzie były zgromadzone rodziny'', wspominał obronę 22 czerwca 1943 roku Antoni Cybulski.
Był to pierwszy z czterech ataków UPA na Pańską Dolinę.
Kolejne miały miejsce 14 lipca, 5 sierpnia i 22 września 1943 roku.
Wszystkie się nie powiodły.
Mimo wsparcia ataków przez artylerię (w drugim ataku brały udział moździerz i działo 45 mm, w trzecim dwa działa 75 mm), banderowcy po napotkaniu oporu po całonocnej walce wycofywali się. Pańska Dolina dała schronienie 500 Polakom.
* * *
Jednak najsłynniejszym punktem oporu pozostał XX-wieczny Zbaraż.
Wyspa ocalenia, która dawała schronienie, opiekę, a przede wszystkim - nadzieję.
Że ktoś może ocalić Polaków przed ciosami siekier i noży bandziorów.
W Przebrażu - dużej, liczącej tysiąc mieszkańców wsi w powiecie łuckim - schronienie ostatecznie znalazło aż 20 tysięcy Polaków.
Samoobrona powstała już w kwietniu 1943 roku, najpierw samorzutnie, potem w sposób zorganizowany.
Miejscowość przypominała istną twierdzę: otoczono ją liniami okopów, ziemianek, bunkrów i zasieków.
Dowodzona przez leśniczego i podoficera WP, Henryka Cybulskiego ps. ''Harry'' i Ludwika Malinowskiego ps. ''Lew'' samoobrona rozrosła się z 25-30 osób do aż 1300-osobowego oddziału.
Ten zorganizowano w cztery kompanie. 33-letni Cybulski, żołnierz AK był wyjątkowo twardym człowiekiem.
W 1940 roku został deportowany w głąb ZSRR, skąd uciekł i wrócił po ośmiu tygodniach wędrówki.
''Tworzyliśmy już jak gdyby małe państewko z własnym wojskiem, administracją i wymiarem sprawiedliwości.
(...) Podczas przydzielania kwater, zbierania dobrowolnych lub nakazanych ofiar dla rozbitków nikt nie protestował, nie krzyczał, nie odmawiał.
Dzielono się z uciekinierami, czym kto miał: mąką, ziemniakami, mlekiem, odzieżą'', wspominał Cybulski.
Dzięki staraniom Cybulskiego, Niemcy przekazali Polakom pierwszych kilkanaście karabinów i trzy furmanki amunicji.
Powstała rusznikarnia, która naprawiała, a nawet produkowała broń.
Obrońcy dysponowali nawet dwoma wymontowanymi z wraków sowieckich czołgów działkami 45 mm.
Organizacja Przebraża była dopracowana: ze wsi do końca lata wyjeżdżały całe konwoje furmanek, eskortowane przez uzbrojonych mężczyzn, by chłopi mogli zebrać płody rolne. Zbierano je z opuszczonych pól, których właściciele zostali wymordowani przez UPA. Dzięki temu Przebraże nie cierpiały głodu aż do końca oblężenia.
Organizowano także liczne ''konwoje ewakuacyjne'' z okolicznych miejscowości i ściągano Polaków do Przebraża, z opuszczonych domostw zabierano wszystko, co potrzebne - pościel, narzędzia, naczynia, ubrania..
W miejscowości chronili się także liczni Żydzi, ukrywający się przed banderowcami na bagnach.
Wzmocnieniem dla obrony był liczący 150 piechurów i 60 kawalerzystów oddział sowieckiej partyzantki pułkownika NKWD Nikołaja Prokopiuka.
Sowieci chętnie udzielali pomocy Polakom w walce z UPA i często z nimi współdziałali.
Ot, tak to się złożyło, że ten jeden, jedyny raz złowroga tarcza i miecz Związku Radzieckiego, niczym zepsuty zegar, uczyniły coś chlubnego...
Dla banderowców istnienie polskiej twierdzy w Przebrażu było zadrą w oku.
Na miejscowość zorganizowano aż trzy ataki: 5 i 31 lipca oraz 30 sierpnia 1943 roku.
Wszystkie zorganizowane były przy użyciu dużych sił (w ostatnim natarciu brało udział aż 6 tysięcy banderowców z użyciem lekkich moździerzy).
Wszystkie zostały - nie bez trudu - odparte. Banderowcy opowiadali ukraińskim chłopom o niewyobrażalnych dobrach, jakie Polacy mieli rzekomo zgromadzić w Przebrażu: o koniach, krowach, zbożu, ubraniach, nawet złocie i samochodach!
Do walki upowscy dowódcy zagrzewali okrzykami: ''Rezuny, sikirnyki, naprzód! Lachy nie mają naboi''.
Podczas pierwszego ataku bandyci zamordowali wokół Przebraża aż 500 Polaków. Ludność Przebraża wpadła w panikę, zaczęła ładować furmanki. płakać i uciekać, ale tę zatrzymali członkowie samoobrony.
''Kiedy minął pierwszy szok, dla wszystkich stało się jasne, że nie ma żadnej innej możliwości ocalenia się prócz walki wewnątrz obozu.
Młodzi mężczyźni, którzy nie mieli broni, wyciągali noże, kosy, wszystko, co tylko mogło uchodzić za broń, i postanowili walczyć do ostatka'', wspominał Cybulski.
Drugi atak UPA zakończył się dla napastników klęską: Polacy przewidzieli kierunki natarcia i uderzyli na tyły banderowców.
Zginęło 400 bandytów.
Polacy toczyli potyczki z UPA także podczas żniw i wyprowadzali własne akcje zaczepne, atakując miejscowości opanowane przez banderowców.
Wspólnie z sowieckimi partyzantami Polacy opanowali 5 października 1943 roku pobliskie Omelno, gdzie mieściła się szkoła UPA (została rozbita) i 27 października Słowatycze, biorąc do niewoli kilkudziesięciu dezerterów z niemieckich formacji wschodnich. I wreszcie, chyba najbardziej symboliczny wypad do Ołyki, by ewakuować oblężonych tam Polaków.
300-osobowy oddział dotarł tam na początku stycznia 1944 roku.
Henryk Cybulski wspominał, że jego żołnierze znaleźli w jednym z opuszczonych domów gramofon.
''Wynieśli go na podwórze i puścili pierwszą z brzegu płytę. Zrządzeniem losu był to »Mazurek Dąbrowskiego«''.
Obrona Przebraża wytrwała do stycznia 1944 roku, kiedy na Wołyń wkroczyła Armia Czerwona.
Wieś nigdy nie została zdobyta.
Dzisiaj - zostały po niej tylko ruiny.
* * *
„Zaatakowali naszą osadę. Okrążyli i zaczęli palić. Dzwony uderzyły na trwogę.
Kto żył zaczął uciekać do szkoły murowanej, piętrowej.
To była nasza forteca.
Szli na nas kilkoma rzutami i krzyczeli »hurra, wziat Lachiw!«
Psy wyły.
Bój trwał trzy dni", wspominała mieszkanka Huty Stepańskiej, w której schronienie znalazło 3 tysiące Polaków.
Tej bronili Polacy, uzbrojeni głównie w przekute na sztorc kosy, dowodzeni przez cichociemnego, kapitana Władysława Kochańskiego ''Bombę''. Kapitan przybył na Wołyń nie po to, by bronić polskiej ludności, lecz by odbudować zniszczoną siatkę konspiracyjną.
Działał więc niejako na własną rękę. Samoobrona wsi liczyła 500 ludzi i była oparta także o umocnienia i transzeje.
Batalia trwała od 16 do 18 lipca 1943 roku i była niezwykle zażarta.
Raz po raz Ukraińcy wdzierali się do wsi, gdzie Polacy rzucali się na nich z furią, używając siekier, łopat, wideł, noży, a nawet pięści i kamieni.
Niektórzy nawet gryźli banderowców.
Kapitan ''Bomba'', doskonale godny swojego współczesnego skojarzenia cichociemny, osobiście dowodził na pierwszej linii.
Został ranny w rękę, był chory, słaniał się na nogach, ale nie opuścił posterunku.
''Był wszędzie. Osłabione posterunki wzmocnił, zaprowadził porządek, uspokoił ludność cywilną. Miał ogromny posłuch. Ludność uwierzyła, że tylko on jeden może uratować wszystkich od zagłady'', wspominał Władysław Kobylański.
Jednak po trzech dniach nieustannych zmagań zaczęła kończyć się amunicja, zaopatrzenie, opatrunki.
Wówczas bohaterski cichociemny wyprowadził część Polaków od śmierci.
Utworzono olbrzymią, 3-kilometrową kolumnę, której szpicą byli uzbrojeni polscy ochotnicy, a środek stanowiły furmanki z cywilami. Kolumna z impetem uderzyła na pierścień okrążenia i przebiła się na wolność. Polakom pomogła gęsta mgła, która spowiła teren, ukrywając uciekinierów przed banderowcami.
Niestety, część polskiej kolumny wpadła w zasadzkę UPA.
Ostrzelali ją z kilku stron, wywołując nieopisany popłoch. Zginęło ok. 100 osób.
Po wycofaniu się z Huty Stepańskiej, kapitan ''Bomba'' nadal nie porzucił walki w obronie Polaków w Hucie Starej... ale o tym - następnym razem.
* * *
W poprzednim wpisie opisywałem dramatyczną napaść na Poryck, gdzie bandyci zamordowali 222 Polaków, z czego aż 100 w kościele podczas Mszy Świętej.
Bliźniaczy napad upowcy przeprowadzili na Kisielin, dziś 60 km od granicy z Ukrainą.
11 lipca 1943 roku rankiem, podczas Mszy, na którą udała się większość mieszkańców, miasteczko zostało otoczone przez dwa kordony banderowców.
Gdy skończyła się Msza i Polacy zaczęli wychodzić z kościoła, dostrzegli uzbrojonych bandytów.
Ci od razu otworzyli ogień.
Przerażeni mieszkańcy cofnęli się do środka świątyni i zabarykadowali drzwi.
Banderowcy krzyczeli z zewnątrz po polsku, by Polacy wyszli.
Niektórzy usłuchali, licząc, że bandziory szukają kogoś konkretnego.
''Stachu, oddaj złoto, to ciebie wypuścimy''; ''Józek, mamy twoją Andzię, wyjdź, to ją oddamy''.
Na próżno. Każdego wychodzącego z kościoła Ukraińcy mordowali na miejscu.
Upowcy zamordowali w sumie 82 Polaków, w tym dzieci w wieku 5-8 lat.
Pozostali zabarykadowali się na plebanii. Banderowcy jęli rąbać drzwi.
''Wtedy poderwał się starszy mężczyzna, nazwiskiem Krupiński ze wsi Zabara i także siekierą zaczął rąbać drzwi.
Krzyknął: Nim mnie zabiją, przynajmniej jednemu rozwalę głowę.
Ostrza siekier spotkały się. Na chwilę ostudziło to zapał upowców''.
Banderowcy zaczęli strzelać przez okna i próbowali wdrapywać się przez mur na strych. Polacy bronili się heroicznie cegłami, wyrywanymi z muru na strychu.
Odrzucali upowskie granaty, gasili pożar własnym moczem.
Nie mieli broni palnej. ''Jak łazić i zakładać organizację, to was było pełno, broni jak potrzeba - to nie ma'', rzucił gorzko Krupiński.
Wytrzymali tak jedenaście godzin szturmu. Podczas obrony zginęło i zmarło czterech Polaków.
Historię obrony Kisielina znamy dzięki relacji Włodzimierza Dębskiego, który napisał monografię o Kisielinie ''Było sobie miasteczko''. W obronie plebanii został ranny i stracił nogę. Syn Włodzimierza, Krzesimir, jest znanym kompozytorem.
Gdy odwiedził Kisielin, wspominał: ''Wyobrażałem sobie, że będzie mieszkańcom trudno wytrzymać moje spojrzenie.
A oni zachowywali się, jak gdyby nic się nie stało''.
Pozostawię te smutne słowa bez komentarza.
* * *
W 49 przypadkach nim samoobrona uległa, dała czas mieszkańcom na ucieczkę, w 9 przypadkach doszło do przełamania obrony i rzezi wsi, zaś w aż 129 - banderowskie zbiry zostały powstrzymane.
W walkach z bandami UPA zginęło 262 członków samoobron.
Liczbę ocalonych w ośrodkach samoobrony ocenia się na co najmniej 50 tysięcy Polaków.
...
#Wołyń #Wołyń43"
,,BOHATEROWIE WOŁYNIA
Polacy na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej byli świadomi zagrożenia ze strony UPA od początku 1943 roku.
Do kolejnych miejscowości dochodziły informacje o rzeziach Polaków dokonywanych przez banderowskich rezunów.
Początkowo samoobrona przypominała tylko straż wiejską.
Mężczyźni czuwali na opłotkach wsi, ''uzbrojeni'' w narzędzia, a gdy dostrzegli niebezpieczeństwo - uderzali na alarm, bijąc w dzwony i krzycząc.
To dawało czas ludności cywilnej na opuszczenie domostw i ucieczkę do lasu.
Im dłużej trwało jednak ludobójstwo, tym Polacy bardziej się organizowali.
Samodzielnie się tworząc oddziały przemieniały wsie i kolonie w twierdze.
Powstało w sumie ok. 300 takich ośrodków. Miejscowości tworzyły całe klucze małych fortec, tworząc niewielkie polskie ''republiki'' w morzu banderowskiego bestialstwa.
Tak było w sławnym Przebrażu, tak było w Hucie Stepańskiej, Zasmykach, Kutach, Ostrogu, Antonówce i Wyrce.
Bandy UPA bowiem były zdolne okrutnie mordować nieuzbrojonych cywilów, zwłaszcza kobiety i dzieci, ale w przypadku napotkania uzbrojonego przeciwnika najczęściej uciekały w panice, nie podejmując walki.
„To straszni tchórze i hołota. Mordując bezbronnych, byli bohaterami. Gdy napotkali opór, uciekali, gdzie pieprz rośnie, machając rękami. Mówiliśmy wtedy, że «rąbią wiatrak»”, wspominał Roman Domański, członek jednej z samoobron.
Szkolono członków samoobrony - tym zajmowali się głównie starsi chłopi, którzy służyli wcześniej w Wojsku Polskim, albo nawet w armii carskiej, czy austriackiej.
Pojawiały się transzeje, ziemianki, zasieki.
Z pobojowisk ''Barbarossy'' ściągano drut kolczasty, którego nie brakowało.
Uzbrajano się w obite blachą pałki, kosy przekute na sztorc, siekiery, dubeltówki, samopały.
Wykorzystywano broń po Wojsku Polskim w 1939 roku i pozostałości z pobojowisk ''Barbarossy''.
Wymontowywano karabiny maszynowe z wraków sowieckich czołgów i samolotów, wykopywano porzucone karabiny.
Tę broń potem wiejscy kowale starali się jakoś doprowadzić do stanu używalności.
Czasem litościwie Niemcy podrzucali jakąś broń, czasem od nich ją kupowano.
Szczególnie pożądane przez niemieckich żandarmów była żywność - jajka, słonina, chleb. I wódka.
Czasem broń Polacy dostawali najzupełniej legalnie od Niemców.
Po masowych dezercjach ukraińskich policjantów zimą i wiosną 1943 roku, Niemcy - których interesowały najbardziej dostawy kontyngentów i bezpieczeństwo szlaków komunikacyjnych - przez palce patrzyli na polską samoobronę.
Otrzymywano nie tylko starą broń, ale także nowoczesne uzbrojenie: karabiny maszynowe, automaty, granaty.
Antoni Cybulski z Pańskiej Doliny wspominał: ''Z uwagi na konieczność obrony życia i naszego istnienia zdecydowaliśmy zwrócić się do Niemców po broń i zezwolenie na jej posiadanie. Postanowiliśmy udać się bezpośrednio do Kreisleitera w Dubnie z prośbą o wydanie broni do obrony gospodarzy podczas prac polowych przy zbiorze plonów. Motywując, że jeśli nie będzie ochrony, to wieś zostanie doszczętnie spalona i setki hektarów zboża ulegną zniszczeniu.
Gospodarze nie będą w stanie wywiązać się z kontyngentów.
Wiedzieliśmy, że to dla Niemców był bardzo nęcący haczyk. Po wyjściu z gabinetu kapitan Wehrmachtu zaprowadził nas do magazynów i rozkazał magazynierowi, by wydał nam uzgodnionych sześć rosyjskich karabinów, amunicję i kilka granatów.
Ponadto wydano nam odpowiednie ausweisy na posiadanie broni.
Przy odbieraniu amunicji Teofil zaszwargotał do Niemca, pokazując mu solidny kawałek »szpeku« (słoniny).
Niemczysko się uśmiechnął i zadowolony dołożył nam jeszcze kilka paczek amunicji.''
Ogromnego, wzruszającego wsparcia udzieliły też oddziały pewnego bratniego narodu... ale o tym napiszę innym razem.
* * *
Pierwszą skuteczną samoobronę założono w kolonii Pańska Dolina.
Liczyła ona 175 mieszkańców i 40 gospodarstw. Założono ją w maju 1943 roku po zamordowaniu trzech Polaków w pobliskiej kolonii Wygoda.
W ramach samoobrony służyło w sumie 60 Polaków. Ich dowódcą został Albert Kozłowski ''Jastrząb''.
''Kierunek uderzenia banderowców wskazywał, że celem ataku był środek wsi.
Tutaj jednak dostali się właśnie pod niespodziewanie silny ogień naszego automatu »diegtiarowa«” oraz innej broni, a nawet granatów ręcznych.
Zygmunt Toczko z kolegami nie żałowali sobie amunicji.
Rąbali, ile się dało.
O ile sobie przypominam, w pewnym momencie zaciął się z przegrzania erkaem i wtedy użyto granatów.
To tak gorące i efektywne przywitanie ostatecznie podcięło skrzydła bandziorów. Zaczęli kryć się w zbożu i ze wzgórza ostrzeliwać zapalającymi oraz świetlnymi pociskami zabudowania, gdzie były zgromadzone rodziny'', wspominał obronę 22 czerwca 1943 roku Antoni Cybulski.
Był to pierwszy z czterech ataków UPA na Pańską Dolinę.
Kolejne miały miejsce 14 lipca, 5 sierpnia i 22 września 1943 roku.
Wszystkie się nie powiodły.
Mimo wsparcia ataków przez artylerię (w drugim ataku brały udział moździerz i działo 45 mm, w trzecim dwa działa 75 mm), banderowcy po napotkaniu oporu po całonocnej walce wycofywali się. Pańska Dolina dała schronienie 500 Polakom.
* * *
Jednak najsłynniejszym punktem oporu pozostał XX-wieczny Zbaraż.
Wyspa ocalenia, która dawała schronienie, opiekę, a przede wszystkim - nadzieję.
Że ktoś może ocalić Polaków przed ciosami siekier i noży bandziorów.
W Przebrażu - dużej, liczącej tysiąc mieszkańców wsi w powiecie łuckim - schronienie ostatecznie znalazło aż 20 tysięcy Polaków.
Samoobrona powstała już w kwietniu 1943 roku, najpierw samorzutnie, potem w sposób zorganizowany.
Miejscowość przypominała istną twierdzę: otoczono ją liniami okopów, ziemianek, bunkrów i zasieków.
Dowodzona przez leśniczego i podoficera WP, Henryka Cybulskiego ps. ''Harry'' i Ludwika Malinowskiego ps. ''Lew'' samoobrona rozrosła się z 25-30 osób do aż 1300-osobowego oddziału.
Ten zorganizowano w cztery kompanie. 33-letni Cybulski, żołnierz AK był wyjątkowo twardym człowiekiem.
W 1940 roku został deportowany w głąb ZSRR, skąd uciekł i wrócił po ośmiu tygodniach wędrówki.
''Tworzyliśmy już jak gdyby małe państewko z własnym wojskiem, administracją i wymiarem sprawiedliwości.
(...) Podczas przydzielania kwater, zbierania dobrowolnych lub nakazanych ofiar dla rozbitków nikt nie protestował, nie krzyczał, nie odmawiał.
Dzielono się z uciekinierami, czym kto miał: mąką, ziemniakami, mlekiem, odzieżą'', wspominał Cybulski.
Dzięki staraniom Cybulskiego, Niemcy przekazali Polakom pierwszych kilkanaście karabinów i trzy furmanki amunicji.
Powstała rusznikarnia, która naprawiała, a nawet produkowała broń.
Obrońcy dysponowali nawet dwoma wymontowanymi z wraków sowieckich czołgów działkami 45 mm.
Organizacja Przebraża była dopracowana: ze wsi do końca lata wyjeżdżały całe konwoje furmanek, eskortowane przez uzbrojonych mężczyzn, by chłopi mogli zebrać płody rolne. Zbierano je z opuszczonych pól, których właściciele zostali wymordowani przez UPA. Dzięki temu Przebraże nie cierpiały głodu aż do końca oblężenia.
Organizowano także liczne ''konwoje ewakuacyjne'' z okolicznych miejscowości i ściągano Polaków do Przebraża, z opuszczonych domostw zabierano wszystko, co potrzebne - pościel, narzędzia, naczynia, ubrania..
W miejscowości chronili się także liczni Żydzi, ukrywający się przed banderowcami na bagnach.
Wzmocnieniem dla obrony był liczący 150 piechurów i 60 kawalerzystów oddział sowieckiej partyzantki pułkownika NKWD Nikołaja Prokopiuka.
Sowieci chętnie udzielali pomocy Polakom w walce z UPA i często z nimi współdziałali.
Ot, tak to się złożyło, że ten jeden, jedyny raz złowroga tarcza i miecz Związku Radzieckiego, niczym zepsuty zegar, uczyniły coś chlubnego...
Dla banderowców istnienie polskiej twierdzy w Przebrażu było zadrą w oku.
Na miejscowość zorganizowano aż trzy ataki: 5 i 31 lipca oraz 30 sierpnia 1943 roku.
Wszystkie zorganizowane były przy użyciu dużych sił (w ostatnim natarciu brało udział aż 6 tysięcy banderowców z użyciem lekkich moździerzy).
Wszystkie zostały - nie bez trudu - odparte. Banderowcy opowiadali ukraińskim chłopom o niewyobrażalnych dobrach, jakie Polacy mieli rzekomo zgromadzić w Przebrażu: o koniach, krowach, zbożu, ubraniach, nawet złocie i samochodach!
Do walki upowscy dowódcy zagrzewali okrzykami: ''Rezuny, sikirnyki, naprzód! Lachy nie mają naboi''.
Podczas pierwszego ataku bandyci zamordowali wokół Przebraża aż 500 Polaków. Ludność Przebraża wpadła w panikę, zaczęła ładować furmanki. płakać i uciekać, ale tę zatrzymali członkowie samoobrony.
''Kiedy minął pierwszy szok, dla wszystkich stało się jasne, że nie ma żadnej innej możliwości ocalenia się prócz walki wewnątrz obozu.
Młodzi mężczyźni, którzy nie mieli broni, wyciągali noże, kosy, wszystko, co tylko mogło uchodzić za broń, i postanowili walczyć do ostatka'', wspominał Cybulski.
Drugi atak UPA zakończył się dla napastników klęską: Polacy przewidzieli kierunki natarcia i uderzyli na tyły banderowców.
Zginęło 400 bandytów.
Polacy toczyli potyczki z UPA także podczas żniw i wyprowadzali własne akcje zaczepne, atakując miejscowości opanowane przez banderowców.
Wspólnie z sowieckimi partyzantami Polacy opanowali 5 października 1943 roku pobliskie Omelno, gdzie mieściła się szkoła UPA (została rozbita) i 27 października Słowatycze, biorąc do niewoli kilkudziesięciu dezerterów z niemieckich formacji wschodnich. I wreszcie, chyba najbardziej symboliczny wypad do Ołyki, by ewakuować oblężonych tam Polaków.
300-osobowy oddział dotarł tam na początku stycznia 1944 roku.
Henryk Cybulski wspominał, że jego żołnierze znaleźli w jednym z opuszczonych domów gramofon.
''Wynieśli go na podwórze i puścili pierwszą z brzegu płytę. Zrządzeniem losu był to »Mazurek Dąbrowskiego«''.
Obrona Przebraża wytrwała do stycznia 1944 roku, kiedy na Wołyń wkroczyła Armia Czerwona.
Wieś nigdy nie została zdobyta.
Dzisiaj - zostały po niej tylko ruiny.
* * *
„Zaatakowali naszą osadę. Okrążyli i zaczęli palić. Dzwony uderzyły na trwogę.
Kto żył zaczął uciekać do szkoły murowanej, piętrowej.
To była nasza forteca.
Szli na nas kilkoma rzutami i krzyczeli »hurra, wziat Lachiw!«
Psy wyły.
Bój trwał trzy dni", wspominała mieszkanka Huty Stepańskiej, w której schronienie znalazło 3 tysiące Polaków.
Tej bronili Polacy, uzbrojeni głównie w przekute na sztorc kosy, dowodzeni przez cichociemnego, kapitana Władysława Kochańskiego ''Bombę''. Kapitan przybył na Wołyń nie po to, by bronić polskiej ludności, lecz by odbudować zniszczoną siatkę konspiracyjną.
Działał więc niejako na własną rękę. Samoobrona wsi liczyła 500 ludzi i była oparta także o umocnienia i transzeje.
Batalia trwała od 16 do 18 lipca 1943 roku i była niezwykle zażarta.
Raz po raz Ukraińcy wdzierali się do wsi, gdzie Polacy rzucali się na nich z furią, używając siekier, łopat, wideł, noży, a nawet pięści i kamieni.
Niektórzy nawet gryźli banderowców.
Kapitan ''Bomba'', doskonale godny swojego współczesnego skojarzenia cichociemny, osobiście dowodził na pierwszej linii.
Został ranny w rękę, był chory, słaniał się na nogach, ale nie opuścił posterunku.
''Był wszędzie. Osłabione posterunki wzmocnił, zaprowadził porządek, uspokoił ludność cywilną. Miał ogromny posłuch. Ludność uwierzyła, że tylko on jeden może uratować wszystkich od zagłady'', wspominał Władysław Kobylański.
Jednak po trzech dniach nieustannych zmagań zaczęła kończyć się amunicja, zaopatrzenie, opatrunki.
Wówczas bohaterski cichociemny wyprowadził część Polaków od śmierci.
Utworzono olbrzymią, 3-kilometrową kolumnę, której szpicą byli uzbrojeni polscy ochotnicy, a środek stanowiły furmanki z cywilami. Kolumna z impetem uderzyła na pierścień okrążenia i przebiła się na wolność. Polakom pomogła gęsta mgła, która spowiła teren, ukrywając uciekinierów przed banderowcami.
Niestety, część polskiej kolumny wpadła w zasadzkę UPA.
Ostrzelali ją z kilku stron, wywołując nieopisany popłoch. Zginęło ok. 100 osób.
Po wycofaniu się z Huty Stepańskiej, kapitan ''Bomba'' nadal nie porzucił walki w obronie Polaków w Hucie Starej... ale o tym - następnym razem.
* * *
W poprzednim wpisie opisywałem dramatyczną napaść na Poryck, gdzie bandyci zamordowali 222 Polaków, z czego aż 100 w kościele podczas Mszy Świętej.
Bliźniaczy napad upowcy przeprowadzili na Kisielin, dziś 60 km od granicy z Ukrainą.
11 lipca 1943 roku rankiem, podczas Mszy, na którą udała się większość mieszkańców, miasteczko zostało otoczone przez dwa kordony banderowców.
Gdy skończyła się Msza i Polacy zaczęli wychodzić z kościoła, dostrzegli uzbrojonych bandytów.
Ci od razu otworzyli ogień.
Przerażeni mieszkańcy cofnęli się do środka świątyni i zabarykadowali drzwi.
Banderowcy krzyczeli z zewnątrz po polsku, by Polacy wyszli.
Niektórzy usłuchali, licząc, że bandziory szukają kogoś konkretnego.
''Stachu, oddaj złoto, to ciebie wypuścimy''; ''Józek, mamy twoją Andzię, wyjdź, to ją oddamy''.
Na próżno. Każdego wychodzącego z kościoła Ukraińcy mordowali na miejscu.
Upowcy zamordowali w sumie 82 Polaków, w tym dzieci w wieku 5-8 lat.
Pozostali zabarykadowali się na plebanii. Banderowcy jęli rąbać drzwi.
''Wtedy poderwał się starszy mężczyzna, nazwiskiem Krupiński ze wsi Zabara i także siekierą zaczął rąbać drzwi.
Krzyknął: Nim mnie zabiją, przynajmniej jednemu rozwalę głowę.
Ostrza siekier spotkały się. Na chwilę ostudziło to zapał upowców''.
Banderowcy zaczęli strzelać przez okna i próbowali wdrapywać się przez mur na strych. Polacy bronili się heroicznie cegłami, wyrywanymi z muru na strychu.
Odrzucali upowskie granaty, gasili pożar własnym moczem.
Nie mieli broni palnej. ''Jak łazić i zakładać organizację, to was było pełno, broni jak potrzeba - to nie ma'', rzucił gorzko Krupiński.
Wytrzymali tak jedenaście godzin szturmu. Podczas obrony zginęło i zmarło czterech Polaków.
Historię obrony Kisielina znamy dzięki relacji Włodzimierza Dębskiego, który napisał monografię o Kisielinie ''Było sobie miasteczko''. W obronie plebanii został ranny i stracił nogę. Syn Włodzimierza, Krzesimir, jest znanym kompozytorem.
Gdy odwiedził Kisielin, wspominał: ''Wyobrażałem sobie, że będzie mieszkańcom trudno wytrzymać moje spojrzenie.
A oni zachowywali się, jak gdyby nic się nie stało''.
Pozostawię te smutne słowa bez komentarza.
* * *
W 49 przypadkach nim samoobrona uległa, dała czas mieszkańcom na ucieczkę, w 9 przypadkach doszło do przełamania obrony i rzezi wsi, zaś w aż 129 - banderowskie zbiry zostały powstrzymane.
W walkach z bandami UPA zginęło 262 członków samoobron.
Liczbę ocalonych w ośrodkach samoobrony ocenia się na co najmniej 50 tysięcy Polaków.
...
#Wołyń #Wołyń43"
-
Ramzan Szimanow
- Posty: 2739
- Rejestracja: czw 27 sty 2022, 10:49
- Kontakt:
Za https://www.facebook.com/share/p/1BnawVVR2q/
,,Mało znane zbrodnie popełnione przez zwierzęta z tzw. ukraińskiej powstańczej armii na ludności Polskiej.
Zbrodnia w Ostrówkach na Wołyniu.
Dnia 30 sierpnia 1943 r., w godzinach porannych, wieś Ostrówki została otoczona przez uzbrojone oddziały tzw. Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA), uniemożliwiając mieszkańcom jej opuszczenie.
Osoby podejmujące próby ucieczki były zawracane.
Sprawcy, działając w sposób zorganizowany i celowy, nakazali wszystkim mieszkańcom stawić się o godz. 10.00 na placu szkolnym pod pretekstem przekazania ważnej informacji. Zachowanie napastników miało na celu uśpienie czujności zgromadzonej ludności i zapobieżenie wybuchowi paniki.
Po zgromadzeniu mieszkańców dokonano selekcji ofiar.
Mężczyzn zamknięto w budynku szkoły, natomiast kobiety, dzieci oraz osoby starsze umieszczono w drewnianym kościele. Równocześnie sprawcy przygotowali trzy miejsca pochówku, kopiąc doły przeznaczone na ciała zamordowanych.
Następnie przystąpiono do systematycznej egzekucji mężczyzn, wyprowadzanych z budynku szkoły w kilkuosobowych grupach i zabijanych przy użyciu siekier oraz maczug nad wcześniej wykopanymi mogiłami.
Świadomi nieuchronności śmierci uwięzieni Polacy modlili się, śpiewali pieśni religijne oraz żegnali się ze sobą.
W przygotowanych mogiłach pochowano około 100 ofiar w miejscu określanym jako „u Suszka”, 81 ofiar „u Trusiuka” oraz około 20 ofiar „u Bałandy”.
W trakcie tych wydarzeń zamordowany został również ksiądz Dobrzański, odnaleziony przez sprawców w stercie słomy na terenie gospodarstwa Trusiuka.
Został zabity poprzez odcięcie głowy.
Po dokonaniu egzekucji mężczyzn sprawcy odstąpili od planowanego spalenia kościoła wraz z uwięzionymi w nim osobami, gdy otrzymali informację o obecności niemieckiego patrolu w okolicy.
Około 300 kobiet, dzieci i osób starszych wyprowadzono następnie w kierunku lasu Kokorawiec, w pobliżu ukraińskiej wsi Sokół.
W trakcie marszu zabijano osoby podejmujące próby ucieczki lub odmawiające dalszego przemieszczania się.
Po dotarciu na rżysko znajdujące się przy lesie ofiary otoczono, a następnie wyprowadzano w grupach po około dziesięć osób.
Zmuszano je do położenia się twarzą do ziemi i dokonywano egzekucji poprzez oddanie strzałów w tył głowy.
Osoby, które przeżyły pierwsze strzały, były dobijane bagnetami oraz kolbami karabinów. Egzekucje odbywały się na oczach pozostałych oczekujących na śmierć.
Nielicznym udało się przeżyć dzięki odniesionym nieśmiertelnym ranom lub upozorowaniu śmierci.
Po upływie około trzech dni członkowie UPA zmusili mieszkańców ukraińskiej wsi Sokół do pochowania ciał ofiar w miejscu, które później nazwano „Trupim Polem”.
Według ustaleń historyków i dostępnych źródeł w Ostrówkach zamordowano blisko 500 obywateli polskich, w przeważającej części kobiety i dzieci.
Zbrodnia ta jest uznawana za jeden z aktów masowych mordów na ludności cywilnej dokonanych podczas rzezi wołyńskiej."
,,Mało znane zbrodnie popełnione przez zwierzęta z tzw. ukraińskiej powstańczej armii na ludności Polskiej.
Zbrodnia w Ostrówkach na Wołyniu.
Dnia 30 sierpnia 1943 r., w godzinach porannych, wieś Ostrówki została otoczona przez uzbrojone oddziały tzw. Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA), uniemożliwiając mieszkańcom jej opuszczenie.
Osoby podejmujące próby ucieczki były zawracane.
Sprawcy, działając w sposób zorganizowany i celowy, nakazali wszystkim mieszkańcom stawić się o godz. 10.00 na placu szkolnym pod pretekstem przekazania ważnej informacji. Zachowanie napastników miało na celu uśpienie czujności zgromadzonej ludności i zapobieżenie wybuchowi paniki.
Po zgromadzeniu mieszkańców dokonano selekcji ofiar.
Mężczyzn zamknięto w budynku szkoły, natomiast kobiety, dzieci oraz osoby starsze umieszczono w drewnianym kościele. Równocześnie sprawcy przygotowali trzy miejsca pochówku, kopiąc doły przeznaczone na ciała zamordowanych.
Następnie przystąpiono do systematycznej egzekucji mężczyzn, wyprowadzanych z budynku szkoły w kilkuosobowych grupach i zabijanych przy użyciu siekier oraz maczug nad wcześniej wykopanymi mogiłami.
Świadomi nieuchronności śmierci uwięzieni Polacy modlili się, śpiewali pieśni religijne oraz żegnali się ze sobą.
W przygotowanych mogiłach pochowano około 100 ofiar w miejscu określanym jako „u Suszka”, 81 ofiar „u Trusiuka” oraz około 20 ofiar „u Bałandy”.
W trakcie tych wydarzeń zamordowany został również ksiądz Dobrzański, odnaleziony przez sprawców w stercie słomy na terenie gospodarstwa Trusiuka.
Został zabity poprzez odcięcie głowy.
Po dokonaniu egzekucji mężczyzn sprawcy odstąpili od planowanego spalenia kościoła wraz z uwięzionymi w nim osobami, gdy otrzymali informację o obecności niemieckiego patrolu w okolicy.
Około 300 kobiet, dzieci i osób starszych wyprowadzono następnie w kierunku lasu Kokorawiec, w pobliżu ukraińskiej wsi Sokół.
W trakcie marszu zabijano osoby podejmujące próby ucieczki lub odmawiające dalszego przemieszczania się.
Po dotarciu na rżysko znajdujące się przy lesie ofiary otoczono, a następnie wyprowadzano w grupach po około dziesięć osób.
Zmuszano je do położenia się twarzą do ziemi i dokonywano egzekucji poprzez oddanie strzałów w tył głowy.
Osoby, które przeżyły pierwsze strzały, były dobijane bagnetami oraz kolbami karabinów. Egzekucje odbywały się na oczach pozostałych oczekujących na śmierć.
Nielicznym udało się przeżyć dzięki odniesionym nieśmiertelnym ranom lub upozorowaniu śmierci.
Po upływie około trzech dni członkowie UPA zmusili mieszkańców ukraińskiej wsi Sokół do pochowania ciał ofiar w miejscu, które później nazwano „Trupim Polem”.
Według ustaleń historyków i dostępnych źródeł w Ostrówkach zamordowano blisko 500 obywateli polskich, w przeważającej części kobiety i dzieci.
Zbrodnia ta jest uznawana za jeden z aktów masowych mordów na ludności cywilnej dokonanych podczas rzezi wołyńskiej."
-
Ramzan Szimanow
- Posty: 2739
- Rejestracja: czw 27 sty 2022, 10:49
- Kontakt:
Za https://www.facebook.com/share/19SQ9qY5rb/
,,Dziecko przykryje snopkiem słomy.
Mały Romek zostanie w polu na całą noc.
Tych wydarzeń nie zapomni do końca życia.
I nie ma w tym żadnej przesady. Wołyń zawsze w niej pozostał.
Apolonia przyszła na świat w 1904 roku, w wołyńskiej Wacławce.
Po ślubie z Antonim Reszczyńskim młodzi zamieszkali w Leonówce.
Wychowywali sześcioro dzieci i prowadzili gospodarstwo.
Przez lata żyli spokojnie, a sąsiedzi różnych narodowości spotykali się na co dzień, pracowali i rozmawiali ze sobą.
Jednak w 1943 roku atmosfera zaczęła się gwałtownie zmieniać.
Do Leonówki docierały coraz bardziej niepokojące wiadomości o napadach na okoliczne wsie.
Rodzina Apolonii zaczęła więc nocować w pobliskim Tuczynie.
W dzień pracowali w gospodarstwie, a wieczorem wyruszali konnym wozem do miasteczka.
Inni mieszkańcy szukali schronienia w zagajnikach i zaroślach.
We wsi organizowano nocne warty.
Wszyscy czuli, że zbliża się coś złego.
1 sierpnia 1943 roku, po wieczornej mszy, mieszkańcy uznali, że tej jednej nocy zostaną w domach.
Apolonia miała jednak złe przeczucia.
Był późny wieczór.
Nagle rozległy się strzały. Na skraju wsi pojawił się ogień.
W kilka chwil spokojna Leonówka zamieniła się w miejsce pełne chaosu i przerażenia.
Apolonia chwyciła na ręce sześciomiesięcznego synka Romana i pobiegła w stronę lasu.
Jej mąż próbował ukryć starsze dzieci w zbożu za stodołą.
Rodzina została rozdzielona.
Kiedy była już niemal przy lesie, drogę zagrodził jej człowiek z sąsiedniej wsi.
Znała go bardzo dobrze.
Jeszcze kilka tygodni wcześniej pomagał jej mężowi przy budowie studni na podwórzu. Teraz był po drugiej stronie wydarzeń.
Padł strzał. Kula zraniła Apolonię w ucho. Upadła, ale nie straciła przytomności.
Napastnik uznał, że już nie żyje i odszedł.
Ale wcześniej nadepnął dziecko.
Gdy tylko mogła się poruszyć, ukryła maleńkiego Romana pod snopkiem zboża i sama pobiegła dalej do lasu.
O świcie wróciła po dziecko.
Żyło.
Rodzina Reszczyńskich ocalała w komplecie – mąż i wszystkie dzieci przeżyli.
W Leonówce był to niemal wyjątkowy przypadek.
Większość rodzin straciła swoich bliskich. Wieś przestała istnieć.
Reszczyńscy później zostali wywiezieni na roboty przymusowe do Niemiec.
Tam urodził się ich najmłodszy syn, Alfred.
Po zakończeniu wojny planowali wrócić na Wołyń, lecz po drodze spotkali innych mieszkańców tych stron.
Usłyszeli, że nie ma już do czego wracać.
Zdecydowali się zostać na Śląsku.
Pod koniec 1998 roku, mająca 94 lata Apolonia, spędzała święta u córki w Brzegu.
W sylwestrową noc obudziły ją wystrzały fajerwerków.
Dla niej zabrzmiały jak tamta noc sprzed ponad pół wieku.
Przekonana, że znów musi ratować życie, próbowała uciec przez okno.
Doznała ciężkich obrażeń.
Zmarła miesiąc później.
Mały Romek, jako już dorosły Roman, do końca życia będzie miał wgniecenie w klatce piersiowej."
,,Dziecko przykryje snopkiem słomy.
Mały Romek zostanie w polu na całą noc.
Tych wydarzeń nie zapomni do końca życia.
I nie ma w tym żadnej przesady. Wołyń zawsze w niej pozostał.
Apolonia przyszła na świat w 1904 roku, w wołyńskiej Wacławce.
Po ślubie z Antonim Reszczyńskim młodzi zamieszkali w Leonówce.
Wychowywali sześcioro dzieci i prowadzili gospodarstwo.
Przez lata żyli spokojnie, a sąsiedzi różnych narodowości spotykali się na co dzień, pracowali i rozmawiali ze sobą.
Jednak w 1943 roku atmosfera zaczęła się gwałtownie zmieniać.
Do Leonówki docierały coraz bardziej niepokojące wiadomości o napadach na okoliczne wsie.
Rodzina Apolonii zaczęła więc nocować w pobliskim Tuczynie.
W dzień pracowali w gospodarstwie, a wieczorem wyruszali konnym wozem do miasteczka.
Inni mieszkańcy szukali schronienia w zagajnikach i zaroślach.
We wsi organizowano nocne warty.
Wszyscy czuli, że zbliża się coś złego.
1 sierpnia 1943 roku, po wieczornej mszy, mieszkańcy uznali, że tej jednej nocy zostaną w domach.
Apolonia miała jednak złe przeczucia.
Był późny wieczór.
Nagle rozległy się strzały. Na skraju wsi pojawił się ogień.
W kilka chwil spokojna Leonówka zamieniła się w miejsce pełne chaosu i przerażenia.
Apolonia chwyciła na ręce sześciomiesięcznego synka Romana i pobiegła w stronę lasu.
Jej mąż próbował ukryć starsze dzieci w zbożu za stodołą.
Rodzina została rozdzielona.
Kiedy była już niemal przy lesie, drogę zagrodził jej człowiek z sąsiedniej wsi.
Znała go bardzo dobrze.
Jeszcze kilka tygodni wcześniej pomagał jej mężowi przy budowie studni na podwórzu. Teraz był po drugiej stronie wydarzeń.
Padł strzał. Kula zraniła Apolonię w ucho. Upadła, ale nie straciła przytomności.
Napastnik uznał, że już nie żyje i odszedł.
Ale wcześniej nadepnął dziecko.
Gdy tylko mogła się poruszyć, ukryła maleńkiego Romana pod snopkiem zboża i sama pobiegła dalej do lasu.
O świcie wróciła po dziecko.
Żyło.
Rodzina Reszczyńskich ocalała w komplecie – mąż i wszystkie dzieci przeżyli.
W Leonówce był to niemal wyjątkowy przypadek.
Większość rodzin straciła swoich bliskich. Wieś przestała istnieć.
Reszczyńscy później zostali wywiezieni na roboty przymusowe do Niemiec.
Tam urodził się ich najmłodszy syn, Alfred.
Po zakończeniu wojny planowali wrócić na Wołyń, lecz po drodze spotkali innych mieszkańców tych stron.
Usłyszeli, że nie ma już do czego wracać.
Zdecydowali się zostać na Śląsku.
Pod koniec 1998 roku, mająca 94 lata Apolonia, spędzała święta u córki w Brzegu.
W sylwestrową noc obudziły ją wystrzały fajerwerków.
Dla niej zabrzmiały jak tamta noc sprzed ponad pół wieku.
Przekonana, że znów musi ratować życie, próbowała uciec przez okno.
Doznała ciężkich obrażeń.
Zmarła miesiąc później.
Mały Romek, jako już dorosły Roman, do końca życia będzie miał wgniecenie w klatce piersiowej."
